Relacja z wyprawy w Himalaje na Stok Kangri 6153 m n.p.m. ,czerwiec/lipiec 2017

Uczestnicy: mieszkańcy Orzysza - Andrzej Jarząbek i Marek Sier

Julley!!!

Stok Kangri Jest najwyższym szczytem w Himalajach Ladakhu w paśmie Stok, w północno-zachodnich Indiach. Szczyt znajduje się w Parku Narodowym Hemis, 24km od miasta Leh, które jest stolicą krainy Ladakh. Góra ta leży pomiędzy głównym grzbietem Himalajów i Karakorum. Podróż zaczynamy 26 czerwca 2017r. wylotem z Warszawy do Delhi z przesiadką w Katarze (Doha). Następnego dnia do stolicy Indii dolatujemy bez problemów, jak również nasze plecaki  docierają do celu bez zawieruszenia się. Po wysiadce z samolotu temperatura uderza pełną mocą – ok. 40 °C. Nie jest lekko. Tego samego dnia kupujemy bilety na samolot do Leh. Można jechać autobusem, ale to zajęłoby nam 2-3 dni. Wymieniamy walutę na rupie indyjskie (1 rupia to około 0,06 zł). Nocujemy w skromnym hoteliku, na szczęście klima działała i rano lecimy do Leh. W samolocie zaskoczenie, patrzymy, a tu na pokład wchodzi ze swoją świtą duchowy i polityczny przywódca narodu tybetańskiego Dalajlama. Do tej pory nie mogę sobie darować, że nie zrobiłem z nim zdjęcia. Po 1,5 godz. locie lądujemy w Leh, które leży na wysokości ok. 3500 m n.p.m.. Widoki są piękne, wszechobecne otaczające góry, świątynie buddyjskie, klasztory, rwące rzeki i mili ludzie.

Ze względu na dużą ilość świątyń buddyjskich Ladakh nazywany jest „Małym Tybetem”. Mamy wrażenie, że w ogóle nie jesteśmy w Indiach, tu dominującą religią jest buddyzm a nie hinduizm. Warunki w hostelu są bardzo dobre i obsługa również. Z tarasu mamy ładny widok na nasz cel – Stok Kangri. Przez kolejne 3 dni pogoda jest „butelkowa”, ale to dobrze, przynajmniej jest czas na aklimatyzację, co jest istotną sprawą. To jest 3500 m n.p.m. ! Tu czuć już lekką zadyszkę. Chorobę wysokościową można już odczuwać od wysokości 2500 m n.p.m.. Przez te dni zwiedzamy pałac w Leh, świątynie, kupujemy kartusze gazowe i wykupujemy permit, czyli pozwolenie wejścia na szczyt. Pozwolenie kosztuje 50 $ od osoby. (foto permit)Pieniądze przekazywane są na Indian Mountaineering Foundation.

(181)

Nareszcie pogoda się poprawia. Po zjedzeniu pysznego śniadanka o 7 rano jedziemy do miejscowości Stok. Po drodze przekraczamy rzekę Indus.(511) Po półgodzinnej jeździe zaczynamy nasz treking do Base Camp.(235) Nasze plecaki nie należały do lekkich, namiot, prowiant na 5 dni, wszystko co potrzebne w góry (waga ok. 25 kg). Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, która towarzyszy nam bardzo długo, po drodze kilkakrotnie ją przekraczamy. Formacje skalne są piękne, niektóre wyglądają jak z innej planety.

         

Słońce mocno praży, jest bardzo gorąco, przez co dość ciężko się idzie. A droga jest prosta, lekko pod górkę czasami płasko. W stronę bazy podążają miejscowi Ladakhijczycy, którzy prowadzą karawanę koników, te mają na grzbiecie cały ekwipunek wypraw komercyjnych, a turyści idą sobie na lekko, z malutkim plecaczkiem i jest git. Po 4 godzinach marszu docieramy do Changmy – jest to mały górski bufecik, można coś zjeść, jest miejsce na rozbicie namiotów i jest piwo!

      

Robimy przerwę i pijemy po piwku, no w taki upał ciężko sobie odmówić. Ruszamy dalej, na trasie jest źródełko wody pitnej, gdzie niektórzy uzupełniają zapasy. W końcu Mankarmo, czyli nasz I obóz, wysokość około 4400 m n.p.m..

Mankarmo nazwałbym taką mini bazą przed bazą. Tu rozbijamy namiot, gotujemy wodę do naszych liofilizatów i jemy obiadokolację. Do wieczora podziwiamy piękne widoki na Himalaje i Karakorum. Pora spać. Ze wstawaniem się nie śpieszymy, ponieważ do Base Camp idzie się ok. 2-3 godziny. Po śniadaniu, oczywiście liofilizowanym idziemy spokojnie w stronę bazy. Tam rozbijamy namiot by następnego dnia atakować szczyt. Baza leży na wysokości ok. 5100 m n.p.m., i jest dobrze zaopatrzona, można zjeść, kupić słodycze, wodę butelkowaną i oczywiście piwko.

      

Większy problem z kupieniem piwa był w Leh w restauracjach. A tu masz – wysokość 5100 m, i browarek jest. Cena całkiem przystępna ok. 200 rupi. Oczywiście nie ma co przesadzać, jedno i dość, przecież w nocy ruszamy na szczyt. Świętować będziemy dopiero po sukcesie i bezpiecznym zejściu. Pogoda cały czas dopisuje, oby się nie pogorszyła. Po kolacji gotujemy wodę na herbatę i zalewamy nią nasze termosy. Idziemy wcześnie spać  bo o północy pobudka. Sen miałem słaby, wstaję bez budzika i budzę Marka. O dziwo w nocy jest całkiem ciepło, jest ok. -2 °C. Mała przekąska, czołówki na głowę i naprzód. Wychodzimy o 1 w nocy, o tej godzinie wyjście jest wskazane, ponieważ śnieg jest zmrożony, przez co idzie się łatwiej i jest mniejsze zagrożenie lawinowe. Ścieżka, którą idziemy gdzieś nam umyka, ale w końcu udaje się ją znaleźć. Dochodzimy do przełęczy, za którą zaczyna się już lodowiec. Dalsza droga prowadzi przez pola śnieżne, potem stromiej w górę w kierunku grani. Wschód słońca jest cudowny, taki można zobaczyć z samolotu albo z wysokich gór. Ta droga się strasznie dłuży, jesteśmy powyżej 5600 m n.p.m., ciężko się oddycha, szybko się męczymy. Po długim podejściu osiągamy grań, tam robimy dłuższy odpoczynek i uzupełniamy węglowodany. Po przerwie zakładamy raki i wyciągamy czekan. Jesteśmy na wysokości  5900 m n.p.m., powietrze jest tutaj bardzo rozrzedzone, na ostatnich metrach będzie stanowić utrudnienie. Ostatni odcinek jest eksponowany więc trzeba szczególnie uważać. Po mozolnym podejściu (ok. 8 godz.) udaje nam się wejść na szczyt Stok Kangri 6153 m n.p.m.!

      

Cel osiągnięty, widoki niesamowite, Himalaje i Karakorum z K2 i Nanga Parbat na czele. Na szczycie sesja zdjęciowa, gdzie eksponowana jest flaga powiatu piskiego, którą dostaliśmy od Pana starosty Andrzeja Nowickiego.

Pora schodzić w dół. Ujemna temperatura odpuszcza, powrót jest nieprzyjemny, ponieważ co chwila zapadamy się w śniegu. W miejscach bezpieczniejszych stosujemy tzw. „dupozjazdy”. Nazwa mówi sama za siebie. Nareszcie nasza baza, teraz można odetchnąć z ulgą. Jeszcze jedną noc spędzamy w Base Camp. Następnego dnia rano bez pośpiechu ruszamy do Changmy, tam rozbijamy namiot na nocleg. To ostatni czas na obcowanie w bezpośredniej bliskości z górami. Po zwinięciu namiotu wracamy do Stok i jedziemy do Leh. Stok Kangri nie jest trudnym technicznie szczytem, jedynie końcowa grań jest nieco trudna ze względu na ekspozycje i nachylenie. Ale tutaj, trzeba brać pod uwagę również inne aspekty, takie jak: pogoda, kondycja, warunki śniegowe i aklimatyzacja! Duża wysokość robi swoje. Te aspekty są głównym powodem porażki wejścia na szczyt. Po świętowaniu ze zdobycia szczytu, resztę czasu spędzamy na zwiedzaniu świątyń buddyjskich, zaliczamy wycieczkę na jedną z najwyżej położonych przejezdnych przełęczy na świecie – Kardung La 5359 m n.p.m.. Po przylocie do Delhi zwiedzamy stolicę, muzeum narodowe i również jedziemy do Agry zwiedzić mauzoleum Tadź Mahal zwane „świątynią miłości”.

14 lipca bezpiecznie wracamy do Polski.

 

Polecam, takie czy inne wyjazdy na własną rękę (niekoniecznie górskie), bez biura, bez przewodnika. Trzeba się odważyć i zrobić ten krok. Czas nie goni, nikt nie goni, jadę gdzie chcę, idę gdzie chcę. Tego typu destynacje są dużo, dużo tańsze i ambitniejsze.

Chciałbym podziękować Pani Irence Dudzin, która wsparła mnie finansowo.

Andrzej Jarząbek

GALERIA