Tatry: po raz pierwszy wspinaczkowo
“Ewelina, dawaj! Jaki tu jest widok! Jak by ci ktoś kartkę do twarzy przyłożył…”

 

Jak powszechnie wiadomo, sukces każdego przedsięwzięcia zależy w znacznym stopniu od tego, jaki cel sobie postawimy. Mając powyższe na uwadze, cel wyjazdu postawiliśmy sobie szalenie ambitny: jechać mało doświadczoną załogą i zrobić… COKOLWIEK. Szach-mat. Nie ma miejsca na porażkę. Pojechaliśmy w czwórkę: Ewelina, Artur, Monika i ja. Zaledwie dwie osoby wspinały się wcześniej w górach, a tylko jedna (Monika) – w Tatrach. Na szczęście wszyscy po kursie skałkowym na własnej asekuracji (dzięki Michał! wszyscy wrócili cali i zdrowi!), więc powinniśmy sobie poradzić.

 

Poniedziałek, 13. sierpnia
Wyjechałem z Olsztyna w niedzielę wieczorem, zgarniając po drodze Ewelinę i Artura. Monika dołączyła do nas nad ranem w Białym Dunajcu. Wiedzieliśmy, że mamy pewny nocleg na Szałasiskach, więc skierowaliśmy się w stronę Morskiego Oka. Na miejscu zameldowanie, śniadanko, przepakowanie i… ruszamy w góry! Wyszliśmy dość późno, więc planujemy wejść na Mnicha drogą Robakiewicza (II / III). Wspinamy się w dwóch zespołach: ja z Moniką, Artur z Eweliną. Chłopaki prowadzą, dziewczyny „na drugiego”. Pierwsze dwa wyciągi idą gładko, ale mój brak znajomości terenu daje się w końcu we znaki. W pewnym miejscu odbijam trochę za mało w prawo (tzw. „wariant Korpusika”), dzięki czemu trudność drogi wzrasta do IV. Po pewnym czasie wszystkim udaje się dotrzeć na szczyt. Jest późno: oprócz nas wspina się tylko jeszcze jedna para z KW Kraków. Ze szczytu zjeżdżamy po kolei do podstawy skały. Tu nieznajomość terenu i późna godzina dały się nam we znaki po raz kolejny.  Po pierwsze, zamiast trzech zjazdów można było wykonać jeden (trochę dłuższy) i odbić na ścieżkę wejściowo – zejściową. Po drugie: po zjazdach było już na tyle ciemno, że znalezienie drogi powrotnej na szlak turystyczny zajęło nam trochę czasu (choć – przyznam – myślałem, że będzie to trwało dużo dłużej). Po powrocie do namiotu rzucam plecak i kładę się „w opakowaniu” na karimacie. Dopiero zimno zmusza mnie do przebrania się i rozłożenia śpiwora.

     

 

Wtorek, 14. sierpnia
Pada. A właściwie to leje. Cóż – przynajmniej odeśpimy podróż i wczorajszą akcję górską. Wstajemy późno, przy śniadaniu sprawdzamy pogodę i planujemy. Niestety, wygląda na to, że po południu też będzie padać. Wyruszamy na rekreacyjny spacerek nad Czarny Staw pod Rysami i wokół Morskiego Oka. Tuż przed naszym powrotem zaczyna znowu lać.
W obozowisku „raczymy się” grzańcem z piwa, rozpuszczonych cukierków toffi i kremu czekoladowego. Paskudztwo. Nie polecamy. Wieczorem czeka nas natomiast miła niespodzianka: spotykamy naszego klubowego kolegę Pawła, który postanowił wybrać się na wspinanie z przyjaciółmi z KW Lublin. Niestety, Paweł planuje wracać do Olsztyna już następnego dnia rano.

 

 

Środa, 15. sierpnia
Znowu pada, od samego rana. Jak by tego było mało to prognozy wskazują na to, że taka pogoda utrzyma się co najmniej do piątku (włącznie)… Cóż… Chyba trzeba się pakować i uciekać. Wstępnie dogadujemy się, że jedziemy w Sokoliki. Po późnym śniadaniu pakujemy plecaki. Niebawem prawie wszyscy jesteśmy gotowi do drogi, tylko Artur coś się ociąga – ewidentnie nie chce mu się wyjeżdżać. W końcu oznajmia, że zaraz się spakuje, ale idzie jeszcze raz sprawdzić pogodę (dla spokoju ducha). Ku naszemu zdziwieniu prognoza jest… niezła? Jest to tym bardziej zaskakujące, że połowa Szałasisk już zdążyła wyjechać. Postanawiamy zaryzykować i zostać. Po południu wybieramy się na spacerek do Doliny Pięciu Stawów (przez Świstówkę) i z powrotem.

 

 

Czwartek, 16. sierpnia
Optymistyczna prognoza pogody jednak się sprawdza – nie pada! Jest chłodno, wilgotno i ślisko, ale coś prostego w takich warunkach jak najbardziej da się zrobić. Pogoda ma być stabilna, więc wypuszczamy się troszkę dalej. Naszym celem jest grań Zadniego Mnicha (II / III). Jeśli chodzi o doznania estetyczne, moim zdaniem, jest to najładniejsza z dróg, którą udało nam się zrobić na wyjeździe. Łatwa, przyjemna wspinaczka, duża ekspozycja, piękny widok ze szczytu (chociaż chwilę musieliśmy poczekać aż się rozchmurzy) a na deser… prawie 60. metrowy zjazd na linie! Spełnieni, w dobrych humorach wracamy na Szałasiska.

   

 

Piątek, 17. sierpnia
Po śniadaniu dochodzi do małego przetasowania składu: Monika opuszcza naszą wesołą gromadkę, by pojechać do Katowic, a stamtąd… w Dolomity. Dziś będziemy się wspinać w jednym zespole. Prognoza pogody wskazuje na możliwość opadów od 14, na 17 natomiast zapowiedziano burzę. W takim wypadku postanawiamy udać się ponownie na Mnicha i wdrapać się na niego drogą klasyczną (IV / IV+).
Po drodze zatrzymujemy się na chwilę na stawkach pod Mnichem i obserwujemy którędy dokładnie idzie nasza droga. Tam też ustalamy, że dwa pierwsze wyciągi poprowadzi Artur, dwa kolejne – ja. Większość drogi udaje nam się pokonać bez błądzenia i problemów. Niestety, na ostatnim wyciągu zakładam w pewnym miejscu zbyt krótki przelot i przesztywniam, a na koniec w ogóle blokuję linę. Na całe szczęście nie spowodowało to większych komplikacji nie licząc opóźnienia, przez które złapał nas krótki przelotny opad. Pomógł nam jeden ze zjeżdżających wspinaczy wypinając niefortunny przelot („To są góry. Tu nikt ci nie pomoże. Tu każdy walczy o życie”). Po zakończeniu drogi zjeżdżamy do podstawy skały i zmykamy, zanim nadejdzie burza.

  

 

Sobota, 18. sierpnia
Ostatni dzień naszej wyprawy. Tym razem odłącza się od nas Ewelina, która postanawia udać się na wyprawę pieszą na Wrota Chałubińskiego i na Szpiglasowy Wierch, gdzie po raz drugi w tym roku zostanie zaatakowana i pożądlona przez osy. Z kolei ja i Artur wybieramy się na Mnicha by wejść nań drogą Orłowskiego (IV+ / V-). Plan jest prosty: dwa pierwsze wyciągi prowadzi Artur, dwa następne ja, potem się zobaczy. Z pewną dozą uczciwej walki (ale bardzo sprawnej) Artur wykonuje swoje zadanie i wkrótce stoimy na stanowisku pod małym kominkiem. Zmieniamy się, ruszam. Po wyjściu z kominka widzę wyżej coś, co wygląda jak stanowisko. Po dojściu bliżej okazuje się, że to nie stanowisko, tylko… mailon, którego ktoś zostawił do zjazdu. Stanowisko, do którego miałem dojść znajduje się na półce, z lewej strony przy wyjściu z kominka. Innymi słowy, minąłem je (niemal na wyciągnięcie ręki) już kilka przelotów temu. Po konsultacji z Arturem postanawiam iść dalej. Wkrótce dochodzę do stanowiska na górnych półkach Mnicha. Po dojściu Artura konsultujemy topo: jesteśmy na dobrej drodze, ale w wyniku pomyłki zrobiłem moje dwa wyciągi na jednej linie. Dalej planujemy odbić na prawo, by: 1) nie powtarzać ostatniego wyciągu Klasycznej, 2) sprawdzić, którędy mieliśmy iść w poniedziałek. Po pewnym czasie dochodzimy jednak do wniosku, że ze względu na wieczorny wyjazd najrozsądniej będzie się wycofać. Na szczyt wchodziło sporo ludzi (w końcu sobota), więc same zjazdy zajęły by nam trochę czasu. Korzystając z uprzejmości pewnego zespołu z KW Kraków zjeżdżamy na ich linie kilka metrów do drogi wejściowo – zejściowej. Stąd już tylko spacerek w dół.
Po powrocie na Szałasiska pakujemy manatki i schodzimy do autka. Następnie udajemy się z wizytą do zaprzyjaźnionych (przez Ewelinę i Artura) górali: Jędrka i Andżeliki (pozdrawiamy!). Około północy opuszczamy gościnne progi i ruszamy w drogę powrotną na Warmię i Mazury.

Było super
          Adam Korpusik

GALERIA

 

 

ICE ICE BABY, RJUKAN 2018

 

To już chyba powoli staję się tradycją, że pisze relacje z pierwszych razów, tym razem padło na moje pierwsze poważne spotkanie z wspinaczką lodową. Wczesnym rankiem 25 stycznia wyruszyliśmy z Olsztyna w składzie Paulina, Marcin, Tomek, Iza z Darkiem i Krzysiem oraz ja na podbój norweskich lodospadów. Podroż do Gdańska oraz lot do Norwegi odbył się bezproblemowo. 

    

 

Po wylądowaniu, zapakowaliśmy się w nasze świeżo wynajęte, super szybkie, hybrydowe auta:) i wyruszyliśmy w kierunku doliny Vestfjord. Dzięki życzliwości kolegi Dawida, który przyjął nas pod swój dach, mieliśmy okazje nocować w miasteczku Rjukan. To niewielkie miasteczko, położone w samym sercu doliny, to idealna baza wypadowa, na pobliskie lodospady.

    

Następnego dnia, jako cel obraliśmy The Upper Gorge, rejon wspinaczkowy oferujący szeroki zakres wspinania od WI1/2 do WI7. Dolina uważana jest za jedno z najbardziej znanych na świecie miejsc do uprawiania wspinaczki lodowej, właśnie tam znajduje się słynny Lipton, na który póki co mogliśmy sobie popatrzeć:) Po podziale na zespoły, Paulina z Iza i Tomkiem wstawili się w czterowyciągową drogę Lettvann WI2+. Ja z Marcinem w drogę Nedre Svingfoss WI3, którą Marcin szybko poprowadził, a ja na drugiego, mogłem przełamać pierwszą nie pewność i poćwiczyć wbijanie dziab i raków. 

  

Podczas gdy reszta ekipy zmagała się jeszcze z drogą, my przeszliśmy doliną w inny rejon, Vermork Bridge położony nieopodal elektrowni wodnej. Tam Marcin poprowadził przepięknie wylany Vermorkbrufoss (WI4), a ja dalej ćwiczyłem:) Po skończonej robocie, wróciliśmy na parking, gdzie dołączyła do nas reszta grupy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Kolejnego dnia udaliśmy się na pobliskie drogi położone w Rjukan. Razem z Paulina i Tomkiem postanowiliśmy zrobić Fabrikfossen, natomiast Darek z Dawidem i Marcinem, Sykehusfossen. Sześciowyciągowy lodospad Fabrikfossen (WI2/3/4) na którym poprowadziłem swój pierwszy wyciąg, to kolejny obowiązkowy punkt dla wspinaczy będących w Rjukan. Moim  zdaniem to idealna droga dla początkujących, z możliwością skończenia po czwartym wyciągu (co  myśmy uczynili ze względu na niekorzystny biomet:)) oraz z niebywałym komfortem w postaci oświetlenia lodospadu przez lampy z miasteczka, od zmroku do 23.00 godz. Po skończeniu wspinu, wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas reszta ekipy oraz aperitif i kolacja:)

      

      

 

Trzeciego dnia pojechaliśmy do Bolgen, gdzie tym razem z Marcinem i Tomkiem zrobiliśmy drogę o identycznej nazwie jak rejon w który się udaliśmy. Natomiast dziewczyny z Dawidem znalazły lodospad bez nazwy i wyceny, spoza przewodnika i postanowiły go załoić. Na drodze Bolgen WI3+ każdemu z nas udało się poprowadzić po jednym wyciągu, a Marcinowi dodatkowo znaleźć pancerny lodowy stan:) Ponieważ pogoda się pogarszała, a dodatnia temperatura sprawiała, że lodospady zaczynały płynąc, po serii zjazdów, wróciliśmy do domu.

      

      

 

Jako że kolejnego dnia wieczorem mieliśmy wracać do domu, postanowiliśmy zrobić coś na szybko, tak aby jeszcze na spokojnie ogarnąć się przed wylotem. Wybór padł na Swiss Army w rejonie Lower Gorge. Droga z dwoma wariantami o wycenie WI4/5. Po kolejny roszadach w składzie, tym razem ja z Pauliną a Tomek z Darkiem i Marcinem, startujemy jednocześnie.  

     

        

Ponieważ warianty łączyły się, a druga ekipa była szybsza, musiałem grzecznie poczekać na swoją kolej. Jednakże, coraz częstsze, niemałe odłamki lodu lecące w moją stronę, skłoniły mnie do obicia z drogi, dzięki czemu mogłem się przekonać jak to fajnie jest się wspinać w lodzie gdy nie ma lodu:) Po uporaniu się z drogą, wróciliśmy szykować się do powrotu.

Podsumowując wyjazd dla mnie był niesamowitą przygodą, a samo wspinanie w lodzie fantastyczną zabawą, zupełnie inną od zwykłego wspinania, pobudzającą do pracy mięśnie o których istnieniu jeszcze nie wiedziałem:) Sam rejon jest wielce atrakcyjny i wart odwiedzenia. To doskonałe miejsce z niebywałą ilością, przeważnie łatwo dostępnych lodospadów. A szeroki wybór dróg o różnych wycenach sprawia, że jest to rejon dobry dla każdego. Wchodzą w jedną z dolin można poczuć się jak na Jurze, z tym że zamiast skał do wyboru mamy dziesiątki lodospadów:) I na sam koniec banał, jeśli będę miał okazje na pewno tu wrócę:)

 

INFO PRAKTYCZNE:

POLSKA > NORWEGIA - drogą lotniczą (najwygodniej) ok. 1h lotu i wysiadamy na Oslo Sandefjord-Torp.

OSLO SANDEFJORD-TORP > RJUKAN - na lotnisku kilka wypożyczalni samochodów. Warto zrobić to na miejscu. My zarezerwowaliśmy auto już w Polsce i niestety podwójnie zapłaciliśmy ubezpieczenie.

Oczywiście za dodatkową opłatą można było wykupić winietę autostradową (ok. 300 PLN/auto), ale że ubezpieczenie było podwójne postanowiliśmy zaoszczędzić i pojechać lokalnymi drogami. Oczywiście bardzo ostrożnie, bo mandaty z Norwegii nie należą do niskich. Dzięki uprzejmości Dawida nie musieliśmy się martwic o nocleg, ale w sieci można znaleźć informacja na temat schroniska działającego w Rjukan.

A na fotce poniżej mapka rejonów wokoło Rjukan

 

GALERIA

Jura południowa 6-8/04/2018


Piątek
Zebrani, zwarci i gotowi ruszyliśmy z Olsztyna o 18. Ja z Marcinem po drodze zajechaliśmy po Ewelinę i Artura do Iłowa, a Darek, Celek i Piotrek mieli prostą drogę w skały. Bez żadnych komplikacji dotarliśmy około 1 w nocy do Brandysówki. Auto Darka już stało na parkingu, a oni sami grzali się w pokoju (nocka była dość chłodna). Po zapoznaniu się ze Zwierzakiem i wysłuchaniu jego opowieści o skałach i jego działaniach ekiperskich, "krótkim" powitaniu z resztą ekipy położyliśmy się do łózek dość wcześnie, bo o 4.


Sobota
Kolejny dzień obudził nas pięknym słońcem nad Sokolica i lekko rześką pogodą. Zachęceni świetnymi warunkami, spakowani ruszyliśmy na podbój Doliny Kobylańskiej (oczywiście w ramach rozgrzewki przed MAS-em), niektórzy z nas po raz pierwszy, błogo nieświadomi, co ich czeka. Na początek wybór padł na Turnię z Krokiem, jednak okazało się, że inni wspinacze pomyśleli tak samo. Pogoda piękna, skały dookoła także nic nas nie mogło zniechęcić. Darek po krótkim namyśle zaproponował nam skałę obok, Małą Płytę z dwoma drogami. Dolna Mała Płyta (IV) gdzie wszyscy stawiali swoje pierwsze w tym sezonie kroki w skale, a dla bardziej wprawionych prowadzenie na Górnej Małej Płycie (VI), ale każdy się z nią zmierzył czy w prowadzeniu lub na wędkę.


Zachęceni dobrym początkiem skierowaliśmy wzrok na Turnie Marcinkiewicza, tam piękne trzy drogi obok siebie (Z siekierą w plecach (V+), Rysa Marcinkiewicza (V-), Filarek Marcinkiewicza (V+). Jedni prowadzili inni wędkowali, a ja próbowałam dogadać się z ekspresami i skałą żeby było łatwiej. Zadowoleni i już trochę zmęczeni fizycznie i z gorąca, jakie zapewniło nam słońce i czyste niebo, zeszliśmy do dolinki przy strumyku.

         


Darek z Marcinem oznajmili ze godnym i przyjemnym przeciwnikiem teraz będzie Żabi Koń, a dokładnie droga Trawers Żabiego Konia (IV+, 3 wyciągi). Celek z Piotrkiem poszli na pierwszy ogień, przetrzeć „szlak”, a Darek wziął naszych nowicjuszy. Ja z Marcinem odwróciliśmy się w stronę Kuli i już wiedziałam, że czeka mnie dobrze reklamowana przez naszych klubowiczów droga Przez Kule (V). Tak zdecydowanie jest bardzo ciekawa i jednocześnie mocno ćwicząca psychikę.


Po przygodach z Kulą wróciliśmy pod Żabiego Konia, tam ujrzeliśmy Celka i Piotrka już na górze, przygotowujących się do zjazdu. Artura na drugim stanowisku Trawersu, Ewelinę jak walczy z drugim wyciągiem i Darka na pierwszym stanowisku. Słońce zaczynało zachodzić za drzewami także rzutem na taśmę i my zdecydowaliśmy się na tą samą drogę. Podczas naszego wspinania Celek z Piotrkiem zaczęli zjazdy i czekali na nas na dole. Ja z Marcinem dotarliśmy na górę w czasie, kiedy Ewelina już szykowała się do zjazdu. Darek, Artur, Marcin i ja podjęliśmy decyzje ze zejdziemy od tylu z Żabiego Konia. Wszyscy pod skala zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, aby nabrać sił na powrót do Brandysówki. Okazało się, że nie tylko na to, na drodze stanęła nam znów Kula, tym razem jej ciemna strona. Celek poprowadził Czar Zielska (V+) później Piotrek powtórzył jednak już z czołówką i światłem z naszych świecących czołówek od dołu. Artur i Ewelina spróbowali swoich sił na drodze Uśmiech Sołtysa (IV), jednak pora dnia i zmęczenie po całym dniu wspinania jak na pierwszy raz przesądziły o tym ze zostawiliśmy tą drogę na inny wyjazd.
Zadowoleni z spełnionego w 100% dnia udaliśmy się w drogę powrotną do Brandysówki, tam czekało na nas w nagrodę piwko i mile spędzony wieczór.

Kasia

 


Dzień drugi – oczami Eweliny


Po mniejszych i większych sukcesach pierwszego dnia, najedzeni i już spakowani udaliśmy się do Doliny Będkowskiej. Nasz cel to zacieniony Mur Skwirczyńskiego z przewagą dróg za V i VI. Wczorajszy wysiłek i wieczorne procenty dały o sobie znać i choć entuzjazm odrobinę przygasł, wstawiliśmy się w drogi. U Piotrka i Celka na pierwszy ogień poszła Siekierka (V) i ku naszemu zdziwieniu objawiło się kolejne hobby Celka jako niedoszłego kadeta Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Prowadzenie na kuszącym Kominku Przeziorowym za IV robiliśmy „na raty” – trochę Kasia, trochę Marcin (pierwsza wpinka), resztę Artur. Ja spokojnie czekałam na gotową wędeczkę . Kierownik Darek początkowo obserwował i nadzorował nasze poczynania, potem uratował przed porzuceniem sprzęt z Siekierki. Marcin postanowił zabawić się na Potańcówce (V+). W międzyczasie następowała wymiana dróg.

           


W pewnym momencie ja i Artur oddaliliśmy się w poszukiwaniu jakiejś przyjemnej drogi, żebym poćwiczyła jeszcze prowadzenie. Kawałek dalej mogłam przypuścić szturm na Misiaczka . Po jakimś czasie pod skałą zjawiła się reszta ekipy. Ku mojemu małemu zaskoczeniu, nie tylko po to, aby kibicować – wszystkich mniej i bardziej doświadczonych wspinaczy skusiły krótkie, ale ciekawe drogi Misiaczka (nawet Trzeci Miś za III+). Niektórzy pokonywali trudności w butach podejściowych. Szeroki uśmiech Darka podczas wszystkich tych poczynań – bezcenny.


Tym miłym akcentem, około godziny 16.00 zakończyliśmy nasz wspinaczkowy wyjazd (dla większości pierwszy w tym sezonie, dla niektórych pierwszy w życiu) i ruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze zatrzymując się na sycący, zasłużony obiad.
Ze strony swojej i Artura bardzo dziękujemy za zaproszenie i świetną atmosferę. Jura ze swoimi atrakcjami skradła nasze serca i umysły.

Ewelina

GALERIA

 

Majówka 2018 Frankenjura 

      Moja przygoda ze wspinaczką zaczęła się stosunkowo niedawno, a mianowicie w listopadzie zeszłego roku. Na dniach otwartych złapałam tak zwanego bakcyla. Wraz z nadejściem wiosny chciałam spróbować swoich sił na łonie natury. Zaczęłam więc myśleć nad pierwszym wyjazdem w skały. Trafiła się okazja, żeby jechać z klubową ekipą w naszą Polską jurę. Zostaliśmy jednak namówieni przez Marcina i Kasię do zmiany planów. Za ich namową naszym celem stała się Niemiecka Frankenjura. Zwana też Szwajcarią Frankońską, to jeden z największych, rejonów wspinaczkowych na świecie. Położona jest między miastami Bamberg (zachód), Bayeruth (wschód) i Norymbergą (południe). Setki skał i tysiące dróg wspinaczkowych rozciągają się na przestrzeni ok. 200 km2. Przygotowując się na wyjazd nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać. Na szczęście dostałam mnóstwo rad, które były bardzo przydatne. Braki sprzętowe uzupełniłam dzięki życzliwości Basi i Zuzy, którym chcę w tym miejscu podziękować. 

     Nasza majówka zaczęła się już w poniedziałek (30.04) wieczorem. Łącznie pojechało nas osiem osób, więc  zabraliśmy się dwoma samochodami (w pierwszym: Paulina, Kasia, Marcin i Paweł, a w drugim: ja, Iza, Przemek i Adam). Po zebraniu wszystkich spotkaliśmy się na parkingu przed blokiem Przemka. Trzeba było jeszcze upakować wszystkie rzeczy do samochodu, co nie było prostym zadaniem (dowód na zdjęciach :D)

      W drogę ruszyliśmy chwilę po 20, a ta na Frankenjurę była długa (ponad 1000 km), ale na pewno nie nudna :D. Przed przekroczeniem granicy udało się nam spotkać na stacji benzynowej, gdzie Paulina częstowała nas pysznym ciastem. Naszym punktem docelowym było pole namiotowe w miejscowości Betzenstein. Dotarliśmy na nie we wtorek (01.05) około 7 rano. Na miejscu szybko rozbiliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w skały.

        

      Z racji tego, że Paulina i Marcin byli już wcześniej w tym rejonie robili za naszych przewodników. Pierwszą skałą z jaką się zmierzyliśmy była Graischer Bleisteinwände (Kamienne ściany w odcieniach szarości – tłumaczenie z google tłumacz ;D). Podejście pod skałę utrudniała masa bukowych liści pokrytych mnóstwem pyłku z drzew. Po wejściu pod ścianę całe nasze buty były żółte. Na rozgrzewkę ja, Kasia i Iza zrobiłyśmy drogę, której nie było w naszym topo, wg wyceny Marcina była ona za 3+ (wycena okazała się jednak zaniżona, po sprawdzeniu w nowym top okazało się że jest za 5+). Chłopacy byli bardziej ambitni na początek i rozpoczęli wspinanie od drogi za 6. Potem przenieśliśmy się trochę dalej i mierzyliśmy się z mostkiem (5+), dla niektórych była to łatwa i przyjemna droga, a innym sprawiła sporo trudu.

      Podczas całego wyjazdu w chwilach trudności i nie tylko pomagała mam przyśpiewka z 13 posterunku, która stała się piosenką naszego wyjazdu. 

Gdy oryginał nam się znudził zaczęliśmy ją przerabiać. Zrobiliśmy jeszcze kilka dróg i zebraliśmy się do bazy. Zjedliśmy wspólnie kolację i poszliśmy spać.

 

      W środę (02.05) wstaliśmy chwilę przed 9, a w skały wyjechaliśmy około 11. Pierwszy nasz wybór padł na skałę położoną niedaleko drogi. Okazało się jednak, że nie ma tam dla nas miejsca. W tłumie słychać było nasz piękny język, więc nie tylko my wpadliśmy na genialny pomysł spędzenia majówki na Frankenjuerze. Po szybkiej ocenie sytuacji zdecydowaliśmy się jechać dalej. Wybraliśmy ścianę Treunitzer Klettergarten (Treningowy ogród wspinaczkowy), która jak nazwa wskazuje położona była w malowniczej okolicy. Nasza droga na tą skałę była dosyć zawiła. Co prawda znaleźliśmy ścieżkę do niej prowadzącą, ale na jej rozwidleniu (jak się później okazało) wybraliśmy złą drogę. Przedzieraliśmy się przez las niczym przez pierwotną puszczę, co było bardzo dobrą rozgrzewką. Gdy się zorientowaliśmy, że trzeba było jednak pójść w prawo na rozwidleniu  zawróciliśmy i znaleźliśmy skałę. Położona jest w lesie ale mimo to było tam dużo słońca, które nas przypiekało. Drogi na tej ścianie wycenione były od 5- do 7-. W drogę za 7- (Kleine Helddn) wstawili się tylko bardziej doświadczeni członkowie naszej ekipy (Paulina, Marcin, Paweł), a resztę z mniejszym lub większym sukcesem robili wszyscy.

      Zmęczeni pokonanymi drogami i słońcem wróciliśmy do obozu około 20. Po kolacji i prysznicu postanowiliśmy zagrać w karty, a dokładnie w UNO. Zacięta gra toczyła się prawie do północy. 

      Czwartek (03.05) miał być dniem restowym, ale jak się później okazało wyszło zupełnie odwrotnie. Wybraliśmy skalę jednak okazało się, że jest ona porośnięta mchem i nie bardzo nadaje się do wspinania. Po krótkiej naradzie ruszyliśmy pod skałę Stefansturm. Jest to piękna skała z oknem skalnym.

      Część załogi była już zmęczona poprzednimi dwoma dniami wspinaczki, ale potem wszyscy się rozruszali. Ja miałam jeszcze dużo siły i zaczęłam się wspinać pierwsza. Na początek zrobiłam drogę Südriß (5+), sukces zachęcił mnie do kolejnego kroku i wstawiłam się do drogi Karies (6-). Z racji tego, że pierwsza wpinka była dosyć wysoko, prawie wszyscy z ekipy mnie spotowali. Po początkowych trudnościach udało mi się poprowadzić tą drogę do samego szczytu. Z góry rozciągały się piękne widoki na całą okolicę. Wracając do wysokich wpinek, Marcin znalazł na nie ciekawy sposób, a tak potem ściągaliśmy ekspres. 

         

      Marcin jako pierwszy postanowił sprawdzić swoje siły na drodze Erto (9+) w dachu, udało mu się dotrzeć do drugiej wpinki. Reszta zachęcona próbą Marcina, również próbowała swoich sił. Drugi w kolejce ustawił się Paweł a po nim Paulina. Oni również dotarli do drugiej wpinki. Trzecią wpinkę zdobyliśmy zespołowo :D. Paulina próbowała iść dalej ale niestety ściana okazała się za trudna. Następny w kolejce był Przemek i Adam, oni również dotarli do drugiej wpinki bez problemu, ale trzecia okazała się za trudna. Na koniec postanowiłam, że i ja spróbuję swoich sił na tej drodze, podobnie jak reszta doszłam tylko do 2 wpinki.

        

         

      Po próbie zdobycia okapu przenieśliśmy się na położoną niedaleko na dwie położone blisko siebie skały - Vöderreuther Wand oraz Vöderreuther Turm. Zdobyliśmy na nich kilka dróg o trudności od 4+ do 6. 

      Piątek (04.05) miał być już na 100% dniem odpoczynku, co też nie do końca nam wyszło. Za namową Przemka pojechaliśmy tak jak pierwszego dnia na skałę Graischer Bleisteinwände. Chciał on koniecznie zdobyć jedną formację na tej skale. Był to dobry pomysł, ponieważ pierwszego dnia nie udało nam się zrobić wszystkich dróg z tego rejonu. Niektóre robiliśmy jeszcze raz inne zdobywaliśmy po raz pierwszy. Duże zainteresowanie wzbudziła droga Scharfe Braut (7). Marcinowi, Paulinie, Pawłowi i Przemkowi udało się ją poprowadzić, a ja i Adam zdobyliśmy ją na wędkę :D. Potem poszliśmy do formacji którą chciał zdobyć Przemek, zrobiliśmy na niej dwie drogi i pojechaliśmy do obozu.

        

      W sobotę (05.05) byliśmy już trochę zmęczeni po całym tygodniu wspinania ale humory nam dopisywały. Wybór padł na skałę Stierberger Gemsenwand, na której Marcin i Paulina byli przy poprzedniej wizycie na Frankenjurze. Zrobiliśmy kilka dróg o różnej wycenie od 4 do 6+. Ale największą cześć naszej uwagi skradła droga Wolfi´s Worm up (5+). Mimo, że po wycenie wydaje się ona dosyć łatwa, ale niech Was to nie zwiedzie. Co prawda początek drogi był łatwy ale koniec drogi dawał się we znaki. Było kilka podejść jej zdobycia, ale większość prób kończyła się w rejonie rysy, która broniła dostępu do szczytu tej drogi. Jako pierwszy z prowadzeniem zdobył ją Marcin potem Paweł i Paulina. Ja z Kasią postanowiłyśmy zdobyć tą drogę na wędkę. Do rysy poszło nam sprawnie, a w rysie kombinowałyśmy i pomagałyśmy sobie w jej zdobyciu przez wciąganie się po trochu. Ostatecznie udało nam się ją zdobyć. Na koniec postanowiliśmy pojechać jeszcze w jedno miejsce, by spróbować swoich sił w dachu za 5+. W miejscu gdzie miała znajdować się ta skała zaczęliśmy jej szukać. Droga okazała się kręta i dosyć ciężka. Trafiliśmy do pięknie położonej skały z dachem i małą jaskinią, ale okazało się, że to jednak nie to czego szukaliśmy.

      Gdy odpoczywaliśmy, Kasia znalazła na ręku małego kleszcza, potem wszyscy zaczęliśmy sprawdzać czy też przypadkiem nie mamy jakiegoś. Okazało się że znaleźliśmy jeszcze kilka kleszczy, skłoniło nas to do szybkiego wycofania się spod tej skały. Potem całą drogę wszyscy mieliśmy wrażenie, że coś po nas chodzi. Po powrocie do obozu wszyscy swoje pierwsze kroki skierowali pod prysznic. Gdy wszyscy upewnili się, że kleszcze jednak nas oszczędziły, zjedliśmy kolację. Po niej zaczęliśmy pakować sprzęt w drogę powrotną.

      W niedzielę (06.05) po zjedzeniu śniadania, skończyliśmy się pakować i zebraliśmy namioty. Ja, Iza, Przemek i Adam ruszyliśmy od razu w drogę powrotną, a Kasia, Paulina, Marcin i Paweł pojechali jeszcze zobaczyć jedną z najsłynniejszych dróg we Frankenjurze a mianowicie turboklasyka i prawdopodobnie pierwszą drogą o tej wycenie w Europie Action Directe (9a) i również ruszyli w drogę do domu. I tak skończyła się nasza majówkowa przygoda z Frankenjurą. Trafiliśmy w naprawdę dobrą pogodę, każdego dnia świeciło piękne słońce, które dodawało uroku wspinaczce. W nocy niebo rozświecały gwiazdy, co przy braku sztucznego oświetlenia wyglądało naprawdę świetnie. Tylko jednego wieczoru dopadła nas burza, ale na szczęście była słaba i szybko przeszła. 

       Tak jak już pisałam wyprawa na Frankenjurę była moim pierwszym ale na pewno nie ostatnim wyjazdem w skały. Rejon ten jest piękny i bogaty w liczne skały i drogi. Mam wrażenie, że jest to miejsce, do którego można jeździć niezliczoną ilość razy i zawsze znajdą się jakieś niezdobyte drogi. Jeśli trafi Ci się okazja do wyjazdu w to piękne miejsce, to nie masz co się zastanawiać, pakuj plecak i w drogę :D 

Oto skład ekipy która w tym roku zdobywała Frankenjurę

Borkowska Iza

Goryszewska Ewelina 

Jankowska Paulina

Kaschner Marcin

Korpusik Adam

Puchacz Paweł

Zarzycka Kasia

Zgorzelski Przemek

 GALERIA

    Ewelina Goryszewska    

             Zapraszamy do zapoznania się ze Statutem Klubu Wysokogórskiego w Olsztynie. Zajdziecie tam informacje o warunkach i prawach wynikających z członkostwa.

 

STATUT