W POSZUKIWANIU SŁOŃCA, CZYLI CZEGO NIE NALEŻY ROBIĆ W GÓRACH

Pod koniec września postanowiliśmy wybrać się we czterech ( Andrzej-Laos, Łukasz-Chomik, Marcin-Karcher i ja) do Doliny Ciężkiej na Słowację. Celem głównym była jakaś droga na Galerii Gankowej. Niestety parę dni przed wyjazdem w Tatrach spadło trochę śniegu, liczyliśmy, że może stopnieje – to pierwsza rzecz na jaką nie można liczyć w Tatrach. Prognozy były sprzyjające, więc jedziemy złapać trochę słońca..

Wyjeżdżamy w środę późnym wieczorem. W okolicach Nidzicy zorientowałem się, że nie wziąłem kasku. Super. W odwodzie była Aga w Łodzi i Adam w Krakowie. Niestety oboje nie odbierają telefonów.  Trudno , jakoś to będzie. 

Podróż wlecze się mozolnie. Na Łysej Polanie jesteśmy dopiero o 9. Jeszcze wizyta u Słowaka ( może pożyczy kask- niestety nie wyszło) i drałujemy pod górę. Wory ciężkie. Pierwszy przystanek na taborisku – kompletne pustki. Wypijamy po browarku, który wtargał dla nas Jędrek (szacun) i grzejemy dalej.

 

Ok. 14 lądujemy w kolebie nad Ciężkim stawem. To będzie nasz dom na parę kolejnych dni.

 

Robimy mały rekonesans po okolicy. Niestety nasz główny cel jest kompletnie mokry, a wokół zalega sporo śniegu ( do pół metra). 

Za cel na juto obieramy drogę lewym filarem południowej ściany Ciężkiej Turni. Wygląda na suchą.

Jako że mamy taką piękną jadalnię wieczorna biesiada trochę się przeciągnęła i ranne wstawanie również. Wychodzimy dopiero po 13 ( to następna karygodna rzecz ). Pod ścianą jesteśmy ok.15. Cywiński wycenił drogę na 3 godziny – że też mnie nie tknęło przeczucie. Robiłem już parę dróg z jego przewodnika i nigdy nie udało się zmieścić w podanych przez niego czasach.

Droga zaczyna się komino-zacięciem, który jest zarośnięty jakimś mchem zielonym i na dodatek leje się po tym woda. Decyduję się obejść pierwszy wyciąg po nieźle wyglądających płytach. Idę w parze z Marcinem. Po nas Łukasz z Andrzejem. Naciągam na głowę kask w postaci grubej czapki wełnianej, z napisem LAOS (wiecie od kogo) – TAK NIE ROBIMY -  i startuję.

 

Najpierw poletko śnieżne, a potem całkiem fajne czwórkowe płyty z piątkową końcówką. Wyszedł z tego ładny wyciąg. Dochodzi Marcin i ciśniemy dalej. Przez chwilę mamy kłopot ze słyszalnością i niepotrzebnie tracimy trochę czasu ( Marcin mocno skrócił jeden wyciąg, a ja nie słysząc go myślałem, że się zapchał i walczy). Sprawnie przechodzimy najtrudniejszy moment- przyjemny kominek – i lądujemy w łatwiejszym terenie. 

Pogoda niestety nie dopisuje, robi się mglisto, ciemnawo i mamy kłopoty z orientacją. Niby droga idzie granią, tylko że grań się kilkakrotnie rozgałęzia. Nie widząc dalej niż 10m nie bardzo wiemy którędy dalej (wyżej). 

Chłopaków już dawno straciliśmy z oczu i nie wiemy czy idą za nami, czy się wycofują. My idziemy dalej, teren nie jest trudny. W dobrych warunkach pewnie można iść bez asekuracji ale jest trochę mokro i kompletnie ciemno ( zero księżyca niestety). Idziemy na lotnej. Droga się mocno wydłuża. No, w końcu już nie ma pod górę, chyba szczyt.  Jesteśmy na piku, ale co dalej. Ciemno, mgła nie bardzo wiadomo w którą stronę zjeżdżać. 

Z poprzedniego pobytu na Ciężkiej Turni pamiętałem, że są tam dwa stanowiska zjazdowe. Z niższego na pojedynczej linie da się zjechać na Niżnią Spadową Przełączkę i stamtąd zejść do Doliny Ciężkiej. Można też zejść północną stroną terenem za II, ale droga nie jest ewidentna nawet w dzień, a teraz dodatkowo mocno zaśnieżona. 

Znajdujemy jakiś stan zjazdowy i Marcin jedzie na podwójnej. Z góry widzę tylko lekki odblask jego czołówki. Dojeżdża w okolice przełęczy i pyta mnie: w prawo , czy w lewo. Stojąc przodem do przełęczy krzyczę w lewo, ale on stoi tyłem do przełączy i zamiast do Dolinki  Ciężkiej zjeżdża do Spadowej. Niestety musi podejść, a śniegu po północnej stronie do połowy uda.    

W końcu jesteśmy obaj na przełęczy. Lina schodzi strasznie ciężko, ale poszła. Zejście, które na sucho ( bez śniegu) jest banalne teraz jest mocno nieprzyjemne. Zakładamy jeszcze jeden zjazd (zostaje pętla) i lądujemy już na mniej stromym zboczu. Zejście w podejściówkach w śniegu czasami do kolan wlecze się w nieskończoność. Przechodzimy Ciężki Taras, znajdujemy kopczyki i schodzimy nad Zmarzły Staw. No to już jesteśmy prawie w domu. Z daleka widzimy światełko w okolicach koleby, czyli chłopaki są na miejscu. 

Do koleby docieramy po pierwszej. 

W sumie to do końca nie wiemy, czy zrobiliśmy drogę Skłodowskiego , czy Sedlaćki. A może jakiś własny wariant – najprawdopodobniej na dole.

 Andrzej z Łukaszem czujnie wycofali się zjazdami po 3 wyciągu nie tracąc sprzętu i byli na miejscu o 10-tej. Jeszcze tylko kolacja i spać.

Tymczasem w ciągu dnia jakiś nieproszony gość dobrał się do naszych zapasów i pozostawił taki uśmiech (poszarpał też trochę śpiwory i kurtki).

Rano postanawiamy przenieść się na południową, słoneczną  stronę Tatr – do Mięguszowiec-kiej na Wołową Turnię.

Wprawdzie najbliżej byłoby przez Wagę, ale z racji zalegającego (niestety) śniegu schodzimy niespiesznie na dół. Nocujemy na kwaterze w Jurgowie. 

Następny dzień bez historii. Długie podejście pod Wołową. Andrzej z Łukaszem robią Stanisławskiego, ja z Marcinem Staflovkę. Na górze jesteśmy prawie równocześnie. Obie drogi są godne polecenia. 

  

Trzy zjazdy, 2 godz. zejścia i jesteśmy przy aucie. Pozostał tylko powrót do domu, a Galeria Gankowa poczeka.

 

Darek Gierszewski

 GALERIA

 

MĘSKIE GRANIE VOL.4 DOLOMITY 2018 

      Z braku laku i dobry kit. Takie myśli przemknęły mi przez głowę przed planowanym sierpniowym wyjazdem w Alpy. Cel wyjazdu długo pozostawał niezmienny a mianowicie dolina Bondasca z Piz Badile na czele. Okazało się jednak, że nie jest to najlepszy wybór ponieważ dolina została zamknięta po potężnym obrywie jaki miał miejsce na Piz Cengalo w sierpniu 2017 roku. Musieliśmy, więc znaleźć alternatywę, którą okazały się Dolomity. 

Prognoza pogody od razu w pierwszym zakładanym terminie wyjazdu była znakomita, więc nie pozostawało nic innego jak ruszać ku przygodzie. Wyjechaliśmy z Olsztyna w składzie: 

Prezes – nie ten od kota

Karscher – nie ten od systemów czyszczących

Paweł nie ten z Mazur

I ja piszący ten tekst nie mający za dużo wspólnego z Laosem

 

      Szczerze mówiąc zakładaliśmy już niezłą wyrypę na podjeździe, ale o dziwo 16h w aucie upłynęło jakoś nadspodziewanie niezauważalnie. Pewnie dlatego, że całą drogę prowadził Paweł a reszta wycierała tylko ślinę z kącików ust. Wylądowaliśmy po przyjeździe w Misurinie i jak rasowi wspinacze mają w zwyczaju poszliśmy na lody.

   

 

      Pierwszego dnia wspinaczkowego poszliśmy się rozruszać na Monte Popena Basso. Zrobiliśmy tam dwie 4 wyciągowe drogi o wątpliwej urodzie. Jedynym plusem tych dróg był ładny widok na okoliczne szczyty i doliny oraz Cimy majaczące w oddali. Jeszcze tego samego dnia zdążyliśmy zaliczyć … lody w Cortinie d’Ampezzo i rozbić namioty pod celem dnia następnego – Tofaną. Ten wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i według mnie gwoździem całego wyjazdu. Tofana di Rozes to robiąca olbrzymie wrażenie góra, o nietuzinkowej urodzie, a jej południowa ściana zapada głęboko w pamięć.

 

 

      Następnego dnia, wcześnie rano zameldowaliśmy się pod pierwszym filarem z nadzieją, że  może będziemy pierwsi. Niestety kobiety są bardziej odpowiedzialne od nas facetów i przed nami wspinał się już tercet pań … z miasta Łodzi.  Po nas na drogę ruszył już tylko jeden zespół Włochów, ale dość szybko nas wyprzedził i zniknął w ścianie.  Warto o nich wspomnieć bo była to wielopokoleniowa rodzina: ojciec, syn i wnuczek. Młody miał 13 lat i skakał po skale jakby się tam urodził. My skończyliśmy drogę bez przygód i zeszliśmy na dół po części szlakiem i starą via ferattą podziwiając magię księżycowego krajobrazu Dolomitów. Ta droga ma już swoją powagę bo jest to 14 wyciągów i około 500m wspinania. Niestety tylko parę wyciągów jest litych co obniża urodę drogi. 

  

 

      W poniedziałek postanowiliśmy się rozdzielić i wspinać się na innych górach. Ja i Marcin wybraliśmy Lagazuoi Piccolo i drogę Cengia Martini. Natomiast Darek i Paweł na Torre Piccola di Falzarego . Ciekawostką naszej drogi było to, że kończy się ona wejściem do jednego z tuneli, które wydrążone są w górze. To pozostałości po froncie I wojny światowej i sposobie na zabicie nudy „walczących” żołnierzy austriackich i włoskich. Po zwiedzeniu tuneli wróciliśmy pod start naszej drogi i poskakaliśmy po obitych jednowyciągówkach, których jest całkiem sporo na Lagazuoi. W międzyczasie chłopaki, skończyli również swoją drogę i zawinęli nas do wysuniętej bazy pod Tofanami.

 

 

      Wtorek dla mnie i Marcina okazał się dniem błogiego relaksu i nic nierobienia. Młodszy zespół natomiast postanowił wspinać się na Lagazuoi Piccolo i drodze Mauricia Specialego. Według przewodnika i relacji chłopaków cała droga jest rzadko spotykanej urody, a każdy z 10 wyciągów warty powtórzenia. Trudności są rozłożone równomiernie na wszystkich wyciągach, a parcha tam nie uświadczysz. Nie byłem, ale wierze i na pewno przy najbliższej okazji to sprawdzę. Zachęcam również innych żeby zweryfikowali czy chłopacy nie wciskają kitu bo na drodze nigdy nie byli tylko leżeli w krzunach i popijali wino z kartonika J.

      Dnia następnego Marcin i ja postanowiliśmy wypruć sobie żyły i zrobić najdłuższą drogę naszego wyjazdu czyli trzeci filar na Tofanie(17 wyciągów). Już na samym starcie rano czekała nas nie lada niespodzianka w postaci dwóch base jumperów przelatujących nad naszymi głowami. Po tym wydarzeniu zgodnie stwierdziliśmy, że my tu tylko uprawiamy co najwyżej średniozaawansowaną turystykę. Mimo, że droga z nazwy jest poprowadzona filarem to orientacja w tak dużej ścianie nie była łatwa i czasami się w niej gubiliśmy. Finalnie jednak udało nam się przejść ją w większości oryginalnym przebiegiem i nie zrobić zapychu. Po drodze złapał nas jeszcze kilkunastominutowy deszcz, który udało nam się przetrwać w małej nyży i po 9 godzinach  skończyliśmy wspinanie. Kilka wyciągów było bardzo ładnych, ale sporo było też odcinków o słabej jakości skały. Orientacja w ścianie stwarza sporo problemów z uwagi na jej ogrom i jest fajną przygodą samą w sobie.  

  

 

      Darek i Paweł tego dnia wspinali się na Torre Grande di Falzarego i zapamiętają przede wszystkim grad kamieni, który zrzucili na nich wspinacze powyżej. Jeden z nich wyprofilował całkiem solidną dziurę w kasku Pawła.

Dzień 7 to wspinaczka na Col dei Bos na drogach Ada (Darek i ja) oraz Alvera (Paweł i Marcin). My spotkaliśmy ponownie dziewczyny z Łodzi i tym razem nawet udało nam się je wyprzedzić. W pośpiechu jednak nie obeszło się bez strat, a przyrząd Darka wylądował gdzieś w piargach kilkaset metrów niżej.

Kolejny dzień poświęcamy na odpoczynek i przejazd do doliny Val Gardena pod Selle.

 

 

       Po dniu restu planujemy wspin na I i II Turni Selli. Biwak mamy z widokiem na nasze cele oraz Sassolungo. Podejście z przełęczy pod nasze drogi zajmuje dosłownie chwilę co jest niewątpliwym atutem po kilku dniach wspinania. Robimy tego dnia dwie drogi obok siebie o niewygórowanych trudnościach. Ja z Pawłem zaliczamy obie ściany natomiast Darek z Marcinem tylko pierwszą. Marcin zaliczył na swojej drodze krótki lot, sprawdzając poprawność osadzenia haka. Ten ani drgnął a Marcin może sobie dopisać +1 do psychy. Zejście z I jak i II Turni jest terenem II – III i jeśli nie robi się zjazdów to jest przygodą samą w sobie. 

 

 

      W niedzielę zaliczamy w trójkowym zespole drogę Vinatzera na III Turni Selli. Marcin pozostał w obozie zabezpieczając tyły i obserwując nasze poczynania z dołu. Droga okazała się jedną z lepszych podczas naszego wyjazdu. Prawie każdy wyciąg oferował fajne wspinanie w swoich trudnościach a powrót pod ścianę znowu okazał się zawiły i czasochłonny. W połowie pokonaliśmy go zejściem terenem III, a w drugiej połowie zjazdami przy czym trzeba było pokonać długi trawers całej ściany żeby odnaleźć linię zjazdów. Późnym popołudniem dołączyliśmy do Karschera, który czekał nas z kolacją. Spontanicznie stosunkiem głosów 3:1 postanowiliśmy jeszcze tego samo dnia wracać do domu. Prognoza na następne dni była nienajlepsza a dodatkowo byliśmy prawie nasyceni wspinaniem w Dolomitach. Trzeba zawsze zostawić sobie mały niedosyt żeby chciało się wrócić w dane miejsce. Ja niewątpliwie taki odczuwam…

 

 

Nasz urobek:

Monte Popena Basso (ściana wschodnia) droga zacięcie Mazzorany – IV (119m, 4 wyciągi) wszyscy

Monte Popena Basso (ściana wschodnia) drogi Niewinne ucieczki w lewo i lewe zacięcie – IV jedno miejsce V (158m, 4 wyciągi) wszyscy

Tofana di Rozes (filar południowo-wschodni) Pierwszy filar – IV-V jedno miejsce V+ (483m, 14 wyciągów) wszyscy

Lagazuoi Piccolo (prawy sektor) droga Półka Martini – IV jedno miejsce V (175m, 5 wyciągów) Marcin i Andrzej

Torre Piccola di Falzarego (filar południowy) droga Comici – V- (230m, 7 wyciągów) Paweł i Darek

Lagazuoi Piccolo (ściana zachodnia) M. Speciale – V (358m, 10 wyciągów) Paweł i Darek

Tofana di Rozes (ściana południowa) Trzeci filar – IV-V (705m. 17 wyciągów) Marcin i Andrzej

Torre Grande di Falzarego (ściana południowo-wschodnia) droga Dibona – IV-V jedno miejsce A0 V+ (300m, 10 wyciągów) Paweł i Darek

Col dei Bos (filar południowy) droga Alvera – IV-V dwa miejsca V+ (356m, 13 wyciągów) Paweł i Marcin

Col dei Bos (ściana południowa) droga Ada – V (410m, 13 wyciągów) Darek i Andrzej

I Turnia Selli (filar południowy) Filarki – IV, jedno miejsce IV+ (110m, 7 wyciągów) Paweł i Andrzej

I Turnia Selli (filar południowy) droga Fiechtla – IV jedno miejsce V- (105m, 5 wyciągów) Darek i Marcin

II Turnia Selli (ściana południowo-zachodnia) droga prawa rysą – III+ jedno miejsce IV- (125m, 4 wyciągi) Paweł i Andrzej

III Turnia Selli (ściana zachodnia) droga Vinatzera – VI- A0 (350m, 11 wyciągów) Darek, Paweł i Andrzej

 

Andrzej Osmolik

 

GALERIA

 

Tatry: po raz pierwszy wspinaczkowo
“Ewelina, dawaj! Jaki tu jest widok! Jak by ci ktoś kartkę do twarzy przyłożył…”

 

Jak powszechnie wiadomo, sukces każdego przedsięwzięcia zależy w znacznym stopniu od tego, jaki cel sobie postawimy. Mając powyższe na uwadze, cel wyjazdu postawiliśmy sobie szalenie ambitny: jechać mało doświadczoną załogą i zrobić… COKOLWIEK. Szach-mat. Nie ma miejsca na porażkę. Pojechaliśmy w czwórkę: Ewelina, Artur, Monika i ja. Zaledwie dwie osoby wspinały się wcześniej w górach, a tylko jedna (Monika) – w Tatrach. Na szczęście wszyscy po kursie skałkowym na własnej asekuracji (dzięki Michał! wszyscy wrócili cali i zdrowi!), więc powinniśmy sobie poradzić.

 

Poniedziałek, 13. sierpnia
Wyjechałem z Olsztyna w niedzielę wieczorem, zgarniając po drodze Ewelinę i Artura. Monika dołączyła do nas nad ranem w Białym Dunajcu. Wiedzieliśmy, że mamy pewny nocleg na Szałasiskach, więc skierowaliśmy się w stronę Morskiego Oka. Na miejscu zameldowanie, śniadanko, przepakowanie i… ruszamy w góry! Wyszliśmy dość późno, więc planujemy wejść na Mnicha drogą Robakiewicza (II / III). Wspinamy się w dwóch zespołach: ja z Moniką, Artur z Eweliną. Chłopaki prowadzą, dziewczyny „na drugiego”. Pierwsze dwa wyciągi idą gładko, ale mój brak znajomości terenu daje się w końcu we znaki. W pewnym miejscu odbijam trochę za mało w prawo (tzw. „wariant Korpusika”), dzięki czemu trudność drogi wzrasta do IV. Po pewnym czasie wszystkim udaje się dotrzeć na szczyt. Jest późno: oprócz nas wspina się tylko jeszcze jedna para z KW Kraków. Ze szczytu zjeżdżamy po kolei do podstawy skały. Tu nieznajomość terenu i późna godzina dały się nam we znaki po raz kolejny.  Po pierwsze, zamiast trzech zjazdów można było wykonać jeden (trochę dłuższy) i odbić na ścieżkę wejściowo – zejściową. Po drugie: po zjazdach było już na tyle ciemno, że znalezienie drogi powrotnej na szlak turystyczny zajęło nam trochę czasu (choć – przyznam – myślałem, że będzie to trwało dużo dłużej). Po powrocie do namiotu rzucam plecak i kładę się „w opakowaniu” na karimacie. Dopiero zimno zmusza mnie do przebrania się i rozłożenia śpiwora.

     

 

Wtorek, 14. sierpnia
Pada. A właściwie to leje. Cóż – przynajmniej odeśpimy podróż i wczorajszą akcję górską. Wstajemy późno, przy śniadaniu sprawdzamy pogodę i planujemy. Niestety, wygląda na to, że po południu też będzie padać. Wyruszamy na rekreacyjny spacerek nad Czarny Staw pod Rysami i wokół Morskiego Oka. Tuż przed naszym powrotem zaczyna znowu lać.
W obozowisku „raczymy się” grzańcem z piwa, rozpuszczonych cukierków toffi i kremu czekoladowego. Paskudztwo. Nie polecamy. Wieczorem czeka nas natomiast miła niespodzianka: spotykamy naszego klubowego kolegę Pawła, który postanowił wybrać się na wspinanie z przyjaciółmi z KW Lublin. Niestety, Paweł planuje wracać do Olsztyna już następnego dnia rano.

 

 

Środa, 15. sierpnia
Znowu pada, od samego rana. Jak by tego było mało to prognozy wskazują na to, że taka pogoda utrzyma się co najmniej do piątku (włącznie)… Cóż… Chyba trzeba się pakować i uciekać. Wstępnie dogadujemy się, że jedziemy w Sokoliki. Po późnym śniadaniu pakujemy plecaki. Niebawem prawie wszyscy jesteśmy gotowi do drogi, tylko Artur coś się ociąga – ewidentnie nie chce mu się wyjeżdżać. W końcu oznajmia, że zaraz się spakuje, ale idzie jeszcze raz sprawdzić pogodę (dla spokoju ducha). Ku naszemu zdziwieniu prognoza jest… niezła? Jest to tym bardziej zaskakujące, że połowa Szałasisk już zdążyła wyjechać. Postanawiamy zaryzykować i zostać. Po południu wybieramy się na spacerek do Doliny Pięciu Stawów (przez Świstówkę) i z powrotem.

 

 

Czwartek, 16. sierpnia
Optymistyczna prognoza pogody jednak się sprawdza – nie pada! Jest chłodno, wilgotno i ślisko, ale coś prostego w takich warunkach jak najbardziej da się zrobić. Pogoda ma być stabilna, więc wypuszczamy się troszkę dalej. Naszym celem jest grań Zadniego Mnicha (II / III). Jeśli chodzi o doznania estetyczne, moim zdaniem, jest to najładniejsza z dróg, którą udało nam się zrobić na wyjeździe. Łatwa, przyjemna wspinaczka, duża ekspozycja, piękny widok ze szczytu (chociaż chwilę musieliśmy poczekać aż się rozchmurzy) a na deser… prawie 60. metrowy zjazd na linie! Spełnieni, w dobrych humorach wracamy na Szałasiska.

   

 

Piątek, 17. sierpnia
Po śniadaniu dochodzi do małego przetasowania składu: Monika opuszcza naszą wesołą gromadkę, by pojechać do Katowic, a stamtąd… w Dolomity. Dziś będziemy się wspinać w jednym zespole. Prognoza pogody wskazuje na możliwość opadów od 14, na 17 natomiast zapowiedziano burzę. W takim wypadku postanawiamy udać się ponownie na Mnicha i wdrapać się na niego drogą klasyczną (IV / IV+).
Po drodze zatrzymujemy się na chwilę na stawkach pod Mnichem i obserwujemy którędy dokładnie idzie nasza droga. Tam też ustalamy, że dwa pierwsze wyciągi poprowadzi Artur, dwa kolejne – ja. Większość drogi udaje nam się pokonać bez błądzenia i problemów. Niestety, na ostatnim wyciągu zakładam w pewnym miejscu zbyt krótki przelot i przesztywniam, a na koniec w ogóle blokuję linę. Na całe szczęście nie spowodowało to większych komplikacji nie licząc opóźnienia, przez które złapał nas krótki przelotny opad. Pomógł nam jeden ze zjeżdżających wspinaczy wypinając niefortunny przelot („To są góry. Tu nikt ci nie pomoże. Tu każdy walczy o życie”). Po zakończeniu drogi zjeżdżamy do podstawy skały i zmykamy, zanim nadejdzie burza.

  

 

Sobota, 18. sierpnia
Ostatni dzień naszej wyprawy. Tym razem odłącza się od nas Ewelina, która postanawia udać się na wyprawę pieszą na Wrota Chałubińskiego i na Szpiglasowy Wierch, gdzie po raz drugi w tym roku zostanie zaatakowana i pożądlona przez osy. Z kolei ja i Artur wybieramy się na Mnicha by wejść nań drogą Orłowskiego (IV+ / V-). Plan jest prosty: dwa pierwsze wyciągi prowadzi Artur, dwa następne ja, potem się zobaczy. Z pewną dozą uczciwej walki (ale bardzo sprawnej) Artur wykonuje swoje zadanie i wkrótce stoimy na stanowisku pod małym kominkiem. Zmieniamy się, ruszam. Po wyjściu z kominka widzę wyżej coś, co wygląda jak stanowisko. Po dojściu bliżej okazuje się, że to nie stanowisko, tylko… mailon, którego ktoś zostawił do zjazdu. Stanowisko, do którego miałem dojść znajduje się na półce, z lewej strony przy wyjściu z kominka. Innymi słowy, minąłem je (niemal na wyciągnięcie ręki) już kilka przelotów temu. Po konsultacji z Arturem postanawiam iść dalej. Wkrótce dochodzę do stanowiska na górnych półkach Mnicha. Po dojściu Artura konsultujemy topo: jesteśmy na dobrej drodze, ale w wyniku pomyłki zrobiłem moje dwa wyciągi na jednej linie. Dalej planujemy odbić na prawo, by: 1) nie powtarzać ostatniego wyciągu Klasycznej, 2) sprawdzić, którędy mieliśmy iść w poniedziałek. Po pewnym czasie dochodzimy jednak do wniosku, że ze względu na wieczorny wyjazd najrozsądniej będzie się wycofać. Na szczyt wchodziło sporo ludzi (w końcu sobota), więc same zjazdy zajęły by nam trochę czasu. Korzystając z uprzejmości pewnego zespołu z KW Kraków zjeżdżamy na ich linie kilka metrów do drogi wejściowo – zejściowej. Stąd już tylko spacerek w dół.
Po powrocie na Szałasiska pakujemy manatki i schodzimy do autka. Następnie udajemy się z wizytą do zaprzyjaźnionych (przez Ewelinę i Artura) górali: Jędrka i Andżeliki (pozdrawiamy!). Około północy opuszczamy gościnne progi i ruszamy w drogę powrotną na Warmię i Mazury.

Było super
          Adam Korpusik

GALERIA

 

 

 

„Jedna noc to za mało- czyli jak zostać taternikiem w jedną noc”- Hollental 3-7.10.2018

     Zacznę od tego, że pomysł wyjazdu wykiełkował już we wrześniu. Pierwotnie mieliśmy jechać w Tatry polskie lub słowackie, ale jak wiadomo warun się popsuł, sypnęło śniegiem i lipa. I szczerze powiedziawszy miałem w głowie katastroficzne scenariusze, że nie będzie mi dane pojechać na wspin na drogi wielowyciągowe w tym roku. A nie będę ukrywał, że bardzo mi zależało bo tylko raz byłem w Tatrach tego roku. W ciągu kilku dni znaleźliśmy rozwiązanie i zgadaliśmy się z kim jedziemy i gdzie. Mianowicie pojawił się pomysł, że jak będzie pogoda to pojedziemy do Austrii do Hollental. Prognozy były dobre, więc podjęliśmy decyzję i pojechaliśmy w sześcioosobowym składzie dwoma samochodami. Marcin, Tomek i Łukasz pojechali 2 października we wtorek a ja z Darkiem i Andrzejem następnego dnia.

     Naszą bazą noclegowo-wypadową był kemping przy parkingu w miejscowości Hirschwang. Jest to bezpłatny mały kemping położony przy kolejce linowej Rax-Seilbahn w Hirschwang. Miejscowość ta jest niedaleko Kaiserbrunn, gdzie do nie dawna był kemping na którym zatrzymywali się wspinacze. Został on jednak zamknięty. Nieopodal kempingu płynie rzeka Schwarza, w której można zaczerpnąć orzeźwiającej jak tę porę roku kąpieli. Przy parkingu są też toalety z umywalkami, z których można korzystać. Podczas wyjazdu korzystaliśmy z zakupionego na potrzeby klubu przewodnika „Kletterfuhrer Hollental Rax Und Schneeberg” Thomas Behm z 2013 roku.

3.10. Środa

     Marcin, Tomek i Łukasz nie próżnowali pierwszego dnia. Po przyjeździe wybrali się na wspin. Celem ich stała się droga „Chico temido 7” w rejonie Bereich mittagstein. Ze słyszenia wiem, że dzień raczej upłynął im na studiowaniu przewodnika, topo i schematów oraz zapoznawaniem się z topografią Hollentalu. Przewodnik nie jest oczywisty ani intuicyjny. Dodatkowo dochodzi bariera językowa (nikt z nas nie zna języka, w którym napisany jest ów przewodnik). Poza tym jeden z dwóch spotkanych w ścianie w sobotę Austriaków (lokals) powiedział a propos przewodnika, że trzeba (w sensie lepiej) znać ten rejon 

 

4.10. Czwartek

W czwartek rano ok. 8:00 dojechałem wraz z Darkiem i Andrzejem do Hirschwang, gdzie czekała już na nas reszta załogi!

 

     Po krótkim namyśle rozbiliśmy namiot klubowy, zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę, przepakowaliśmy się i pojechaliśmy w rejon Grossofen. Na dzień dobry czekało na nas mozolne podejście stromym piarżystym żlebem. W czasie podejścia pod ścianę kołatały mi się słowa Darka, które usłyszałem rano na kempingu: idziemy spać czy idziemy się wspinać? I wtedy wolałbym spać, szczególnie, że mało spałem w trakcie podróży. Ciekawa była końcówka podejścia pod ścianę. A właściwie pewne zawirowania w czasie szukania drogi. Trzech z nas weszło na półkę „na żywca” łatwym terenem. A pozostała trójka dalej do góry piargiem na wyższą półę i zjechała niżej do reszty. Podzieliliśmy się na dwa trójkowe zespoły: pierwszy Marcin, Łukasz i Tomek / drugi Darek, Andrzej i Paweł. Pierwszy zespół wszedł w ścianę nieznaną drogą, która prowadziła do góry. Ja z Andrzejem wstawiliśmy się w jakąś trudną drogę. I tak na dobrą sprawę nie zdziałaliśmy za wiele- po prostu odpuściliśmy. I poszliśmy za pierwszym zespołem. Tak jak pisałem, pierwszy wyciąg to jakaś droga, której nie udało mi się odnaleźć. A dalej poszliśmy dwoma wyciągami drogi „In vino veritas 5”. Jak na pierwszy dzień w nowym dla mnie rejonie wspinaczkowy było dobrze. Szczególnie te dwa ostatnie wyciągi były urodziwe. W czasie zejścia część załogi na dowspinanie się pocisnęła jeden wyciąg jakiejś drogi. Zejście to była formalność. Do kempingu mieliśmy rzut beretem. Tomek wieczorem świętował swoje urodziny. Długo i tak nie siedzieliśmy, trzeba było odespać noc w podróży i dzień wspinania.

 

5.10. Piątek

     Mieliśmy wstać rano i wcześnie wyjechać pod ścianę. Stało się jednak inaczej i wyjechaliśmy dużo później. Może po części dlatego, że poprzedniego dnia była impreza, a po części dlatego, że zbyt dużo było krzątaniny i ociągania rano. W konsekwencji weszliśmy w ścianę ok. 13:30. Na dzień dzisiejszy wybraliśmy ścianę Stadlwand. Darek, Marcin i Andrzej wstawili się w drogę „Richterweg -5” (bardzo urodziwej natury, w przewodniku oznaczona jako mega klasyk rejonu).

 

     I w porównaniu do naszego zespołu szybko ją przeszli, byli na kempingu jakoś ok. 22:30. Po skończeniu drogi weszli na grań i było już ciemno, skierowali się w lewo. Na początku, zgodnie z info, w przewodniku chcieli dojść do szlaku turystycznego. W nocy nie znaleźli go i zdecydowali się na zjazdy. Na szczęście znaleźli linię zjazdów jak zobaczyli starą pozostawioną linę. Natomiast zespół w składzie: Tomek, Łukasz i ja wstawiliśmy się w drogę „Brunnerweg -5”. 

 

 

     Ten dzień pozostanie na bardzo długo w mojej pamięci, ponieważ było to jak na razie najbardziej przygodowe wspinanie i jednocześnie jedna z największych przygód oraz lekcji w życiu. Pierwszy raz wspinałem się w nocy i pierwszy raz biwakowałem w ścianie. Ogólnie od samego początku wspinaliśmy się dość wolno. W połowie drogi byliśmy ok. 18:00, i było już blisko do zachodu słońca. Gdy zaczęło się ściemniać wspólnie zdecydowaliśmy się iść do góry. W trakcie 9 wyciągu pomyliliśmy drogi (było już ciemno- ok. 21:00) i weszliśmy w drogę „Daham is Daham 7+/7-”, w tym miejscu obie drogi się przecinają. W nocy i na silnych emocjach prawidłowy przebieg drogi wyglądał trudniej, niż ten faktycznie trudniejszy który poszliśmy. Akurat ten wyciąg prowadził Łukasz. W trakcie odpadł i zaliczył ok. +/- 5-10 metrowy lot. Jak się okazało stłukł sobie i głęboko skaleczył łokieć. Zjechał do stanu, miałem apteczkę i opatrzyłem mu rękę, nie było to nic bardzo poważnego. Jako drugi wstawił się Tomek, Łukasz odpoczywał a ja asekurowałem Tomka. I w pewnym momencie podczas walki usłyszałem krzyk i zdałem sobie sprawę, że Tomek poleciał. Na szczęście nic się mu nie stało. Było już ok. 22:00, Tomek powiedział, że jeszcze będzie szedł dalej. Ja czułem duży lęk. W ogóle różne myśli kłębiły mi się w głowie. Tomek poprowadził jeszcze kilka metrów, nie miał już sił. Ściągnął mnie i Łukasza do stanu pośredniego. Tak się złożyło, że przyszła moja kolej. Bałem się bardzo, najbardziej lotu. Wstawiłem się i poprowadziłem ten wyciąg do końca.  Jak się okazało (w domu studiowałem topo) urobiliśmy stylem A0 w świetle czołówek 2 lub prawie 3 wyciągi tejże drogi, miało być łatwo za 3+ a było 6+ i 7-. Po tych trudnościach doszliśmy do nyży. Po krótkim odpoczynku Łukasz poprowadził ostatni łatwy wyciąg na grań. Jak mnie ściągnął do stanu była już godzina 1:00. Zdecydowaliśmy, że nie idziemy dalej. Była bardzo słaba widoczność, nie znaliśmy terenu i byliśmy bardzo zmęczeni. Poza tym nie mieliśmy nic do picia, a i z psychą było kiepsko. Były pomysły żeby zjeżdżać na dół, jednak postanowiliśmy ze względów bezpieczeństwa (nieznany teren, kruszyzna i  duże ryzyko strącenia kamieni) przekimać w nyży. Na szczęście noc nie była bardzo zimna, mieliśmy jedną folię nrc i mogliśmy zacieśnić więzy międzyludzkie podczas snu (klubowa integracja). Wstaliśmy ok. 7:00 i ok. 7:30 postanowiliśmy zjeżdżać na dół.

Zjechaliśmy ok. 13:30 i ok. 14:30 byliśmy na kempingu. W nocy byliśmy w kontakcie telefonicznym z bazą ;) Chłopaki nam przygotowali w nocy jedzenie, które nam odgrzali jak wróciliśmy. To było bardzo miłe po takiej nocy. To było najlepsze leczo z makaronem jakie jadłem w życiu!

 

6.10. Sobota

     Darek, Marcin i Andrzej poszli drogę „Gaisbauer Jug weg 5” w rejonie Vordere klobenwand. Bardzo późno wyjechali pod ścianę, ponieważ czekali na nas.  Poszło im bardzo sprawnie, tylko zjeżdżali po ciemku. A my mogliśmy się im odwdzięczyć i zrobić kolację.

/ Co powoli się staje się już tradycją zaliczyliśmy leniwe przedpołudnie, małe zakupy, gelato. Później wspólny obiad i nauczeni doświadczeniami z dnia poprzedniego w drogę o długości sześciu wyciągów wstawiliśmy się o 16:45 :D  Na samym początku wydawało się być niemożliwym urobienie sześciu wyciągów za 5 jeszcze za widnego… O 18:50 meldujemy się na topie. Do zmroku 10 min szybki klar i zjazdy. Pierwsza moja myśl wypowiedziana na glos: Ale jaja, czoło zostało przy garach w namiocie, będzie wesoło… Przewidziane 3x50m w linii prostej. Dało się i po ciemku (nie polecam) i z niezdyscyplinowana liną, która udowodniła, że jednak nie jedziemy w linii prostej. O 21:00 wylądowaliśmy na kolacji przygotowanej przez chłopaków./ edit Marcin

 

 

 

     W niedzielę 7.10. ok. 10:00 po wcześniejszym symbolicznym uczczeniu kolejnych urodzin na tym wyjeździe (Łukasza) wyjechaliśmy do domu z lekkim niedosytem- kilku dni wspinu więcej.

 

Pozdrawiam

Paweł "Sowa" Puchacz

 

 GALERIA

 

 

ICE ICE BABY, RJUKAN 2018

 

To już chyba powoli staję się tradycją, że pisze relacje z pierwszych razów, tym razem padło na moje pierwsze poważne spotkanie z wspinaczką lodową. Wczesnym rankiem 25 stycznia wyruszyliśmy z Olsztyna w składzie Paulina, Marcin, Tomek, Iza z Darkiem i Krzysiem oraz ja na podbój norweskich lodospadów. Podroż do Gdańska oraz lot do Norwegi odbył się bezproblemowo. 

    

 

Po wylądowaniu, zapakowaliśmy się w nasze świeżo wynajęte, super szybkie, hybrydowe auta:) i wyruszyliśmy w kierunku doliny Vestfjord. Dzięki życzliwości kolegi Dawida, który przyjął nas pod swój dach, mieliśmy okazje nocować w miasteczku Rjukan. To niewielkie miasteczko, położone w samym sercu doliny, to idealna baza wypadowa, na pobliskie lodospady.

    

Następnego dnia, jako cel obraliśmy The Upper Gorge, rejon wspinaczkowy oferujący szeroki zakres wspinania od WI1/2 do WI7. Dolina uważana jest za jedno z najbardziej znanych na świecie miejsc do uprawiania wspinaczki lodowej, właśnie tam znajduje się słynny Lipton, na który póki co mogliśmy sobie popatrzeć:) Po podziale na zespoły, Paulina z Iza i Tomkiem wstawili się w czterowyciągową drogę Lettvann WI2+. Ja z Marcinem w drogę Nedre Svingfoss WI3, którą Marcin szybko poprowadził, a ja na drugiego, mogłem przełamać pierwszą nie pewność i poćwiczyć wbijanie dziab i raków. 

  

Podczas gdy reszta ekipy zmagała się jeszcze z drogą, my przeszliśmy doliną w inny rejon, Vermork Bridge położony nieopodal elektrowni wodnej. Tam Marcin poprowadził przepięknie wylany Vermorkbrufoss (WI4), a ja dalej ćwiczyłem:) Po skończonej robocie, wróciliśmy na parking, gdzie dołączyła do nas reszta grupy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Kolejnego dnia udaliśmy się na pobliskie drogi położone w Rjukan. Razem z Paulina i Tomkiem postanowiliśmy zrobić Fabrikfossen, natomiast Darek z Dawidem i Marcinem, Sykehusfossen. Sześciowyciągowy lodospad Fabrikfossen (WI2/3/4) na którym poprowadziłem swój pierwszy wyciąg, to kolejny obowiązkowy punkt dla wspinaczy będących w Rjukan. Moim  zdaniem to idealna droga dla początkujących, z możliwością skończenia po czwartym wyciągu (co  myśmy uczynili ze względu na niekorzystny biomet:)) oraz z niebywałym komfortem w postaci oświetlenia lodospadu przez lampy z miasteczka, od zmroku do 23.00 godz. Po skończeniu wspinu, wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas reszta ekipy oraz aperitif i kolacja:)

      

      

 

Trzeciego dnia pojechaliśmy do Bolgen, gdzie tym razem z Marcinem i Tomkiem zrobiliśmy drogę o identycznej nazwie jak rejon w który się udaliśmy. Natomiast dziewczyny z Dawidem znalazły lodospad bez nazwy i wyceny, spoza przewodnika i postanowiły go załoić. Na drodze Bolgen WI3+ każdemu z nas udało się poprowadzić po jednym wyciągu, a Marcinowi dodatkowo znaleźć pancerny lodowy stan:) Ponieważ pogoda się pogarszała, a dodatnia temperatura sprawiała, że lodospady zaczynały płynąc, po serii zjazdów, wróciliśmy do domu.

      

      

 

Jako że kolejnego dnia wieczorem mieliśmy wracać do domu, postanowiliśmy zrobić coś na szybko, tak aby jeszcze na spokojnie ogarnąć się przed wylotem. Wybór padł na Swiss Army w rejonie Lower Gorge. Droga z dwoma wariantami o wycenie WI4/5. Po kolejny roszadach w składzie, tym razem ja z Pauliną a Tomek z Darkiem i Marcinem, startujemy jednocześnie.  

     

        

Ponieważ warianty łączyły się, a druga ekipa była szybsza, musiałem grzecznie poczekać na swoją kolej. Jednakże, coraz częstsze, niemałe odłamki lodu lecące w moją stronę, skłoniły mnie do obicia z drogi, dzięki czemu mogłem się przekonać jak to fajnie jest się wspinać w lodzie gdy nie ma lodu:) Po uporaniu się z drogą, wróciliśmy szykować się do powrotu.

Podsumowując wyjazd dla mnie był niesamowitą przygodą, a samo wspinanie w lodzie fantastyczną zabawą, zupełnie inną od zwykłego wspinania, pobudzającą do pracy mięśnie o których istnieniu jeszcze nie wiedziałem:) Sam rejon jest wielce atrakcyjny i wart odwiedzenia. To doskonałe miejsce z niebywałą ilością, przeważnie łatwo dostępnych lodospadów. A szeroki wybór dróg o różnych wycenach sprawia, że jest to rejon dobry dla każdego. Wchodzą w jedną z dolin można poczuć się jak na Jurze, z tym że zamiast skał do wyboru mamy dziesiątki lodospadów:) I na sam koniec banał, jeśli będę miał okazje na pewno tu wrócę:)

 

INFO PRAKTYCZNE:

POLSKA > NORWEGIA - drogą lotniczą (najwygodniej) ok. 1h lotu i wysiadamy na Oslo Sandefjord-Torp.

OSLO SANDEFJORD-TORP > RJUKAN - na lotnisku kilka wypożyczalni samochodów. Warto zrobić to na miejscu. My zarezerwowaliśmy auto już w Polsce i niestety podwójnie zapłaciliśmy ubezpieczenie.

Oczywiście za dodatkową opłatą można było wykupić winietę autostradową (ok. 300 PLN/auto), ale że ubezpieczenie było podwójne postanowiliśmy zaoszczędzić i pojechać lokalnymi drogami. Oczywiście bardzo ostrożnie, bo mandaty z Norwegii nie należą do niskich. Dzięki uprzejmości Dawida nie musieliśmy się martwic o nocleg, ale w sieci można znaleźć informacja na temat schroniska działającego w Rjukan.

A na fotce poniżej mapka rejonów wokoło Rjukan

 

GALERIA