Lekko nie było…

… i nie mówię  tu wcale o naszej heroicznej walce o każdy metr ściany bo to nam wchodziło całkiem nieźle. Zorganizowanie tego wyjazdu było największą trudnością jaka nas spotkała i chwilami nie pozwalała wierzyć w powodzenie całego przedsięwzięcia zwanego „Tatry gdziekolwiek”. Pierwotnie celem była Słowacja ze względu na większą liczbę ścian o wystawie południowej. Był tylko jeden szkopuł – ja nie byłem zaszczepiony. Ten problem oczywiście dość szybko rozwiązaliśmy bo bagażniki obecnych samochodów są dość obszerne i wygodne więc czemu by z nich nie skorzystać. Tak miało być ale w dzień wyjazdu okazało się, że w naszej 5 nadal można „awaryjnie” spać na podłodze. Rezerwacji na podłogę zrobić nie można ale na miejscu tego przywileju nie odmawiają. Cud o jakim nie śniliśmy w dobie pandemii. Jedyne normalne schronisko i to jeszcze w dolinie, która oferowała Zamarłą Turnię. Szybka korekta planów i jedziemy w nasze góry a ewentualna sroga pokuta odchodzi w zapomnienie.

 

Jeśli myślicie, że to były jedyne trudności, które musieliśmy pokonać to nic z tych rzeczy. Przede wszystkim ustalenie kto jedzie było niezłą zabawą. Każdy niby chciał pojechać ale każdy w tym roku przeżywał swoje problemy a to zdrowotne, osobiste, zawodowe albo pogoda niepewna albo forma daleka od oczekiwań. Na ten wyjazd mogłoby pojechać około tuzina osób gdyby wszyscy odpowiedzieli – tak, rzucam wszystko, jadę. Byłby to prawdopodobnie nasz pierwszy obóz klubowy po zapowiedziach nowego – starego zarządu.

No ale wyszło jak zwykle i pojechaliśmy w mniejszym gronie czyli ja (zwany czasem Laosem) i Łukasz (zwany permanentnie Chomikiem). 

Plan zakładał, że będziemy działać jak Birkenmajer czyli po nieprzespanej nocy, prosto z auta robimy długie podejście i wbijamy się w ścianę. Dalszej części wydarzeń nie zamierzaliśmy powtarzać. Po drodze a w zasadzie na jej końcu – w Kościelisku zabraliśmy jeszcze jednego towarzysza niedoli – Piotrka (KW Zakopane). Piotrek to mój kolega z czasów studenckich wyjazdów do Anglii, który niedawno stwierdził: „czemu by się nie zacząć wspinać skoro codziennie rano muszę patrzeć na te góry”. 

 Po tym przydługim wstępie teleportujmy się od razu pod ścianę. Udało nam się pod nią być przed południem po drodze zostawiając ciężkie wory w schronisku. Na pierwszy ogień poszli Lewi Wrześniacy o niewygórowanych trudnościach. Droga na pierwszy dzień idealna na rozgrzewkę – ewidentny przebieg, ładne wspinanie głównie w zacięciach ale bez większej historii. Po skończonej drodze mieliśmy sporo problemów z odnalezieniem linii zjazdów. Ja z poprzedniej wizyty na Zamarłej pamiętałem o linii zjazdów środkiem ściany. Okazało się finalnie, że tej już nie ma, a są nowe dwie. Po lewej stronie od naszej drogi i w okolicach drogi Klasycznej. W końcu zdecydowaliśmy się na zjazdy lewą stroną ściany, drugiej linii tego dnia nie odnaleźliśmy. 


Do schroniska doszliśmy już po zmroku i zaczęliśmy nową walkę tym razem o miejsce do spania. Nie było problemu z rezerwacją podłogi (oficjalnie tylko w jadalni). Problemem było znalezienie jakiejkolwiek przestrzeni na położenie karimaty. W jadalni do późnych godzin nocnych trwała impreza (przecież to sobota) a pozostałe miejsca na korytarzach, suszarni, schodach a nawet w ubikacji – full booked. Ta noc nie była dużo lepsza niż poprzednia spędzona w aucie. Szczególnie nie przyjemnie jest się budzić jak ktoś próbuje usilnie rozdeptać Ci głowę.

Niedziela przywitała nas piękną pogodą, idealną na zrobienie czegoś równie ładnego. Tego dnia wybraliśmy się na drogę Festiwal Granitu. Mogłoby się wydawać, że na zamarłej nie można się zgubić i pomylić przebiegu drogi a jednak. Mi się udało i sugerując się widocznym przede mną stanowiskiem zszedłem z linii drogi. Późniejsze próby korekty skończyły się zapychem i koniecznością powrotu do stanowiska likwidując z niemałym trudem przeloty. Postanowiliśmy opuścić się jeszcze kilkanaście metrów do miejsca, w którym nasza droga odbijała w lewo. Straciliśmy przez to sporo czasu ale zyskaliśmy kolejne doświadczenie i naukę na przyszłość. Nie wszystko złoto co się świeci, więc nie zawsze trzeba ślepo podążać do świecącego łańcucha.

Gdy już wróciliśmy na właściwe tory czekała nas nie lada gratka w postaci pięknego wspinania. Najpierw bardzo estetyczne, długie zacięcie Komarnickich na drugim wyciągu. Poszedłem je na całą długość liny aż do wiszącego stanowiska przed trawersem. Można tam skorzystać przynajmniej z dwóch innych stanów ale te wiszące pod wielkim blokiem skalnym jest idealnym miejscem do startu w trawers i obserwacji prowadzącego. Trawers jest najtrudniejszym i najładniejszym wyciągiem na tej drodze. Przez cały czas piękna lufa pod nogami, która potęguje odczucia ze wspinania. To nie jest ten typ trawersu, który robi się żeby już go mieć za sobą. Naprawdę poruszanie się na nim daje duży pozytywny zastrzyk adrenaliny a widoki są spektakularne. Na końcu trawersu jest nowe stanowisko, które jest również punktem przesiadkowym przy zjazdach prawą stroną ściany. 

 

Powyżej trawersu jest jeszcze jedno zacięcie, które da nam pełną satysfakcję ze wspinania i wcale nie jest spacerkiem. 


Tym razem udało nam się odnaleźć początek zjazdu, którego „nie było” dnia poprzedniego. Jednak i tu nie obyło się bez pomyłki. Zamiast zjechać do stanowiska po trawersie, zjechałem do jakiegoś innego musieliśmy zjeżdżać na 4 długości liny a nie na 3. Trzeba pamiętać również, że zjazd między 1 a 2 przesiadką ma pełne 60m liny i jakaś pomyłka przy zjazdach w najlepszym wypadku wydłuży nasz wycof. My mimo wszystko tego dnia byliśmy dość wcześnie w schronisku bo przed zmrokiem. Dostaliśmy również upgrade noclegu do poddasza z wygodnymi materacami.

W poniedziałek znowu nie odparty zew wspinania przygnał do nas Piotrka z Kościeliska więc było nas w ścianie 3. Rano poszliśmy na drogę Motyki, którą ja już parę lat temu robiłem ale Łukasz i Piotrek nie, a jest to absolutne must have. Udało mi się ich namówić na zrobienie dołu wariantem czyli ominięcie dolnego zacięcia idąc na wprost płytą. Obie wersję są bardzo ładne i zasługują na swoje wyceny V. 


Warto zrobić jedne i drugie. Robiąc wariant po płycie łączy się w zasadzie dwa wyciągi klasycznego przebiegu w jeden. Później mamy jeden wyciąg odbijający w lewo pod kolejne zacięcie wyprowadzające w łatwy teren podszczytowy. Droga padła w czasie przewodnikowym więc po zjazdach postanawiamy zrobić kolejną tego dnia. Wybór padł na Klasyczną.


Pierwszy i drugi wyciąg Klasycznej nie przedstawia żadnych wielkich trudności ani urody. Trzeba je po prostu pokonać żeby zacząć prawdziwe wspinanie. Trzeci wyciąg zaczyna się zacięciem a później odbija w lewo eksponowanym trawersem. Trawers nie jest trudny bo posiada sporą ilość dobrych chwytów i stopni a także dobrą asekurację. Może jednak przyprawić o zawrót głowy tych, którzy nie lubią lufy pod nogami i wolą wciskać się w zacięcia oraz kominy. 


Kolejny wyciąg to główne trudności Klasycznej. Najpierw wspinamy się zacięciem na wprost, które wyprowadza nas do górnego trawersu przez odstrzelony blok skalny. Za nim znajduje się crux drogi czyli poderwany kominek z dobrą asekuracją ale trochę wilgotny mimo kilku dni dobrej pogody. Przejście pada czysto ale na limesie więc jego nowa wycena VI- jest zgodna z prawdą. Powyżej kominka już łatwy teren łączący się z ostatnim wyciągiem Festiwalu Granitu. Znanym już z dnia poprzedniego zacięciem docieramy na wierzchołek Zamarłej Turni. Historyczna droga padła naszym łupem a uśmiechy nie schodzą z naszych twarzy. 

Robi się jednak późno więc na podziwianie widoków nie mamy zbyt wiele czasu. Trzeba zjeżdżać nim zapadnie zmrok. Zmrok zapadł jednak szybciej niż nam się wydawało albo my po prostu jesteśmy wolniejsi niż myśleliśmy. Ja z Łukaszem zjazdy przy czołówkach mamy wpisane w nasze DNA ale dla Piotrka był to pierwszy raz. Oczywiście nie obyło się bez przygód jak to po ciemku. Najpierw zaklinowaliśmy linę ponad sobą w jakiejś rysie i tylko siłą 6 rąk po długich bojach udało nam się przeciągnąć ją na dół. Na kolejnym zjeździe również przygoda i wspinanie się z autoasekuracją po zawinięty koniec liny gdzieś na kamieniu 10 m wyżej.  Całe szczęście nie było po drodze żadnej przewieszki bo pochłonęłoby nam to dużo więcej czasu i energii. Ostatni zjazd był już bez przygód na dno Dolinki Pustej do zdeponowanych pod ścianą plecaków. 

Czwarty dzień wspinaczkowy stał pod znakiem zapytania ze względu na niepewną prognozę pogody. Rano jednak mgły szybko opadły a nasza energia poszła do góry i ruszyliśmy znowu w ścianę. Wybór padł na Lewą Pilchówkę, która była wisienką na torcie naszego wyjazdu. Droga oferuje głownie wspinanie w płytach i w zasadzie nie ma brzydkich fragmentów. Każdy wyciąg jest ciekawy i godny polecenia. Najtrudniejszy technicznie jest zdecydowanie drugi wyciąg, na którym trzeba dodatkowo mądrze prowadzić obie żyły żeby uniknąć przesztywnienia liny. Najbardziej estetyczny jest wciąg ostatni, który prowadzi skośnym pęknięciem w płycie do samej grani. 


Na górze czekała nas jeszcze jedna niespodzianka na sam koniec wyjazdu. Obaj zobaczyliśmy pierwszy raz w życiu Widmo Brockenu czy też mamidło górskie. Piękne zjawisko optyczne z ciekawą legendą. Góry w dalszym ciągu potrafią nas miło zaskakiwać.


Na Lewej Pilchówce warto wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu. Na pierwszym stanowisku, w ścianie siedziały dwa haki połączone pętlą. Jeden z nich wyjąłem bez problemu palcami ze ściany. Pamiętajcie o ograniczonym zaufaniu dla wszystkiego co spotkacie na drodze i przede wszystkim sprawdzajcie zastaną asekurację przed podjęciem decyzji o powierzeniu jej zdrowia a może życia.

 

Tego dnia nie mieliśmy już w planach kolejnych dróg a wydarzenia na ostatniej wskazywały ewidentnie kierunek dom. Tak też uczyniliśmy i wróciliśmy żeby Wam to opowiedzieć.

 

 

Andrzej Osmolik

 

 

 

Grossvenediger

Nadszedł najprzyjemniejszy czas, czyli urlop. We wstępnych ustaleniach została wytypowana Austria jako kraj docelowy. Podczas wcześniejszych rozmów ustaliliśmy ze wyjazd ma być zróżnicowany ma zawierać elementy wspinania i wypoczynku.

15.08

Ruszamy w południe bez ciśnienia w końcu urlop trzeba rozłożyć siły. Kierunek Wiedeń, a dalej Kaiserbrunn i Hollental.

16.08 

Po przybyciu na miejsce okazało się że trochę się pozmieniało od mojego ostatniego pobytu. Nowy "teoretyczny camp" zyskał miano pełnoprawnego campu z zapleczem sanitarnym oraz kasą fiskalną. Zaparkowaliśmy pod stacją kolejki Rax Park'n' Camp. Opłaciliśmy nasz pobyt i ruszyliśmy do góry. Nie mieliśmy pewnej pogody. Zapowiadano przelotne opady, ale póki co trzymało. Pierwszy wybór padł na inną ścianę, ale Hollental nie jest taki oczywisty, więc trzeba bylo zmienić plan. Pod ręką znalazła się droga graniowa za III+. Wspinanie różne trochę krucho, trochę drzewek. Droga odhaczona, czas na posiłek i sen, a i no jeszcze izotonic.

17.08

Po śniadaniu i po kawie nasze kroki skierowaliśmy ku dolince z większą ilością skał. Jeszcze rzut oka na niebo: oby utrzymało... Wylosowaliśmy Ja i Kasia na Gaisbauer Jug weg, a Artur z Eweliną poszli na Holzknechtgrat . Niestety w połowie pierwszego wyciągu pojawiły się pierwsze krople deszczu, ale tragedii nie było, a pod koniec pierwsze grzmoty(zaczęły się dylematy: jechać czy może jeszcze jeden wyciąg). Wygrał zdrowy rozsądek i zimna krew, więc jeszcze jeden wyciąg :) Pod koniec drugiego wyciągu polało solidniej a burza czekała tuż za rogiem. Weryfikacja poprzedniej decyzji i zjazd w deszczu. Ciepły posiłek i namiot.

18.08

Zlewa mniejsza i większa trzymała do następnego dnia więc czas Hollentalu dobiegł końca. Spakowani w okolicach południa odjechaliśmy w stronę Taurów Wysokich w kierunku celu jaki obraliśmy podczas wstępnych ustaleń jeszcze w Olsztynie. 

"Großvenediger leży w grani głównej Wysokich Taurów, oddzielającej położoną na północy, równoleżnikowo zorientowaną dolinę Pinzgau od Matrei położonej na południu we Wschodnim Tyrolu. Großvenediger jest drugim pod względem wysokości szczytem Wysokich Taurów, a zarazem najwyższym położonym w ich grani głównej. "

 

Wieczorem po nieudanej próbie znalezienia "normalnego" noclegu zameldowaliśmy się w Neukirche na parkingu pod startem szlaku podejściowego na Großvenediger'a. Parking dość pojemny zaopatrzony w toaletę leży nad strumieniem płynącym z lodowca ... 

Po nocy spędzonej w aucie przy akompaniamencie deszczu przyszedł czas na przepakowanie gratów i podejście. Jeszcze pamiątkowa fotka na parkingu i w drogę.

19.08

Podejście prowadzi szutrową, cywilizowaną drogą wzdłuż doliny. Długość drogi wynosi 13.8 km i dłuży się bardzo. Ów droga kończy przy dolnej stacji kolejki towarowej zaopatrującej schronisko Kürsingerhütte. Od tamtego momentu zaczyna się via ferrata, a dokładniej bardziej strome schody ubezpieczone stalową poręczówką. Mimo pięknych widoków towarzyszących nam podczas podejścia morale powoli zaczęły opadać. We znaki dały się chyba cały poprzedni dzień w drodze oraz niezbyty wygodny nocleg w aucie.

 

Postanowiliśmy rozbić się tuż przed schroniskiem, ale pozostając poza zasięgiem wzroku. Znaleźliśmy dość wygodną małą polankę. Chcąc wykorzystać czas do zmroku postanowiliśmy przygotować posiłek oraz poleżeć chwile na zielonej trawce pozwalając plecom odpocząć po dniu wędrówki. W gości przyszło rude rodzeństwo (tak domniemam) i pokazać ze to ich teren i mamy być grzeczni przy tym demonstrując w uroczy sposób "agresywną" postawę. Wieczorkiem jeszcze małe co nieco dla duszy i spać.

20.08

Pobudka rano na tyle na ile było to możliwe i zwiniecie namiotu(żeby nikogo w oko nie kuło). Kawka z rana tuż po posiłku i za chwile w drogę. Przed na schronisko Kürsingerhütte położone na wysokości 2558 m.n.p.m.

 

Wiedząc że przez kilka kolejnych dni spędzimy bez cywilizcji postanowiliśmy "naładować baterie". Na stół wjechały wursty, zupy, szarlotka oraz zimne piwko. Chwilę musieliśmy odczekać żeby wróciła nasza mobilność, ale zaraz po tym ruszyliśmy w górę. Plan zakładał podejście możliwie jak najbliżej wejścia na lodowiec oraz znalezienie miejsca na nocleg. Głazy, głazy wszędzie głazy nic prostego. W końcu po 1.5h poszukiwań znaleźliśmy poletko idealnie wykrojone pod marabuta, pokryte mięciutkim mchem... idealnie(tylko źródełko ok 5-7 min od namiotu) ok. 2750 mnpm. Teraz jeszcze została do przeprowadzenia proces melioracji naszego miejsca(deszcz padający kilka dni wcześniej został zatrzymany przez mech). Poletko się odwadnia, a my łapiemy promienie słońca i cieszymy oko widokiem.

 

21.08

Wstajemy zgodnie z planem o 5:30. Nocka średnio przespana w moim wypadku, ale czas się ogarnąć. Woda zagotowana, liof zalany, papieros. O dziwo udało mi się zjeść solidne pół liofa popijając to litrem gorącej herbaty. Spakowani ruszamy kilka metrów w dół do moreny czołowej lodowca. Przed nami kilka zespołów ruszyło w górę. Jesteśmy na dole jeszcze tylko szpej... a nie jednak nie jeszcze tylko krótki spacerek za kamień, szpej, lina i ruszamy i my. 

 

Lodowiec na początku przetopiony, przewiany bezpieczny. Po kilkuset metrach pojawił się "świeży" luźny śnieg. Całe szczęście guidy robią robotę i udeptali trochę. Powoli krok po kroku pniemy się w górę. Po godzinie krótka pauza na batonika ok. 3150 mnpm, wieje dość intensywnie. Część z nas ubiera się na tą okoliczność. Podejście powoli robi się stromsze by przed wejściem na przełęcz Venediger Scharte pomiędzy Großvenediger, a Kleinvenediger przejść w dość wyraźną stromiznę i odsłonić kilka mniej przyjemnych szczelin.

 

Po wejściu na przełęcz ok. 3150 mnpm słońce zaczęło operować na dobre. Śnieg zaczął się topić, oprócz tego ze warunki widokowe ideał to zasadniczo średni warun na podejście, kopanie, obsuwanie się w śniegu. Ruszamy dalej zostało ok 500 m przewyższenia. Teraz już bardzo monotonnie, ale szczyt już niedaleko ciśniemy. Jest pierwszy kryzys, śnieg mnie zmęczył, delikatnie spłycony oddech normalnie jak palacz... To jeszcze wolniej... Oglądam się za siebie, ekipa drepcze zgodnie. Jeszcze gryz batona, kilka oddechów i idziemy dalej. Masakra ile tu ludzi... A pisali, że mnie oblegany niż Glock... 

3666 mnpm (różnie wg różnych źródeł) jesteśmy na piku. Zmęczenie mija, uśmiech pojawia się na twarzach. Mamy to.

 

No nic po małym posiłku i nawodnieniu czas schodzić. Zejście dokładnie tą sama drogą co podejście na szczyt. Tym razem szybciej. W miejscu biwakowym byliśmy kilka minut po godzinie 14-tej i dalej w dół do auta.

 

 

 

GALERIA

 

Karcher

 

 

 

EUROTRIP WSPINACZKOWY

Pod koniec lipca mieliśmy w planach wyjazd na Piz Badile, ale zawsze musi być jakieś „ale”. Marcin nie dostał urlopu, a w Alpach i Dolomitach przez tydzień leje. Zmieniamy plany – gdzieś na południe, gdzie świeci słonko. Do ekipy ( Andrzej-Laos i ja) dołącza Piotrek i Łukasz (Chomik), którego mamy zgarnąć po drodze z Katowic.
Przed wyjazdem Andrzej zamontował na dachu swego auta takie cudo – dom na kółkach.Dom na kółkach

 

Jak pech, to pech. Nie zdążyliśmy wyjechać z Olsztyna i już kraksa. Zderzenie nastąpiło ze stropem garażu Piotra – zapomnieliśmy o namiocie na dachu. Straty spore, ale damy radę. Jedziemy. Teraz nawet na S-7-ce sprawdzamy wysokość wiaduktów. Planowo zgarniamy Łukasza i ciśniemy na południe. Może na początek Hollental? Prognozy niezłe. Zajeżdżamy.
Od ostatniego pobytu trochę się zmieniło. Kontener z kibelkami został obudowany drewnianą chatką i nocleg nie jest już darmowy.
  Camp w Hollental

Jest sobota wczesne popołudnie. Parking zabity autami, a camping namiotami. Coś tam znajdujemy dla siebie i jedziemy trochę się rozruszać. Na początek dolina Mały Hollental , ściana Vordere Loswand. Piotrek z Chomikiem na Gratkamine IV+, ja z Andrzejem na Loswandkamine z dość dziwnym opisem III+ ostatni wyciąg V- A0 ( obie drogi 200-250m).

Chłopaki ruszają pierwsi ( ich droga była bliżej ), my po kilkunastu minutach też odnajdujemy wejście w swoją drogę ( klasycznie przed godz.16-tą). Początek łatwy idziemy bez asekuracji. Wyżej postanawiamy iść na lotnej.  Drugi kominek na tej drodze wyceniony na III+ wycisnął ze mnie wszystkie poty. Gdyby nie strach przed dłuuugim lotem (lotna asekuracja i ostatni przelot ze sparciałych starych taśm), to chyba bym poleciał. Już myślałem, że ze mną coś nie tak, ale Jędrek po dojściu do mnie potwierdził moje odczucia – Jezu! dobrze, że tego nie prowadziłem. Podchodzimy pod kluczowy wyciąg. Prowadzi Andrzej. Bardzo ciasny lekko przewieszony kominek. Już wiemy, co oznaczało to A0. Chwytając się za pętle, haki i wszystko co siedziało w ścianie, wspomagając się staniem w pętli przechodzimy ten wyciąg. Uff, normalne A0 wygląda trochę inaczej. W nowszej wersji przewodnika jest VI A0. Kończymy drogę i kolejny pech. Jędrkowi spada but wspinaczkowy (nowy). Ja oceniam bardzo nisko szanse na odzyskanie go ( ściana jest wielka i mocno urzeźbiona). Andrzej zjeżdża kawałek, ale nic nie widać. Podchodzimy na pik i ok. 1,5 godz. czekamy na drugą ekipę. Wreszcie są. Narzekają trochę na kruszynę. Zrobiło się ciemno, a przed nami zejście bardzo fajną ferratą, niestety nic nie widać. O 22-giej jesteśmy na campie. Kolacja i zasłużony odpoczynek.
  Loswandkamine


Następnego dnia prognoza jest średnia – przelotne deszcze. Jędrek z Chomikiem postanowili jednak odzyskać but ( przejść jeszcze raz drogę od dołu), ja z Piotrkiem wybieramy jakąś łatwą grań + ewentualnie ogródek wspinaczkowy sportowy. Po małych perypetiach z dotarciem pod drogę ( przewodnik po Hollentalu jest bardzo specyficzny i nie jest łatwo trafić tam gdzie się chce) szpeimy się i zaczyna padać. Na szczęście jest fajna koleba, przeczekujemy. Chłopaki też rezygnują z przejścia drogi, ale idą ratować but od góry.
Hollental zejście


Po deszczu sprawnie przechodzimy wybraną drogę i wszystkie obite w ogródku ( od IV do VI). Wracamy na parking pierwsi i przygotowujemy obiad. Za chwilę zjawiają się poszukiwacze – pełen sukces, but odzyskany. Hura!! Andrzej i Chomik nie są zachwyceni wspinaniem w Hollentalu, dlatego następnego dnia ruszamy do Ospu w Słowenii. Po drodze zwiedzmy Jaskinię Postojną ( drogo, ale warto). Jaskinia jest tak duża, że w środku jeździ się kolejką.
Jaskinia Postojna


Późnym popołudniem meldujemy się na campie w Ospie. Zaliczamy szybko jeszcze jeden kraj – po zakupy trzeba pojechać do Włoch do Triestu. Wieczór przy piwku z widokiem na skały.
Widok z campu w Ospie


Rano wybieramy się na wspin do miejscówki Crni Kal. Znajdujemy zacienioną ścianę i robimy po kilka dróg w przedziale IV-VI.
 
Wspin w Crni Kal                                             Crni Kal

Potem jedziemy zobaczyć kultowe miejsce Misja Pec z bardzo trudnymi drogami.
Formy naciekowe w Misja Pec

Podchodzimy pod drogę Strelovod ( najlepsza w kapowniku Michała G. 8c+). Jędrek podchodzi do pierwszego przelotu. Fotkę wysyłamy Górzyniakowi z komentarzem, że droga zaraz padnie. On za chwilę odpisuje, że w tej temperaturze to możemy sobie co najwyżej popływać. Faktycznie – zimno nie jest.
Strelovod


Zimno nie jest


Najbardziej chcemy powspinać się wielowyciągowo, więc po południu ruszamy do Paklenicy. Wieczorem jesteśmy już na campie w Seline pod Starigradem. Późna kąpiel w morzu wcale nie chłodzi. Ze względu na koszmarny upał postanawiamy wspinać się wcześnie rano. Ja optuję za pobudką o 4-tej. Po negocjacjach staje na 5-tej.
Nie udało się, ale i tak parę minut po 7-mej jesteśmy pod najlepszą miejscówką w Paklenicy, pod pn. ścianą Anicy Kuk.
Anica Kuk


Na pierwszy dzień wybieramy krótkie obite 4-wyciągowe drogi - Kamasutra 150m 5b+ Piotrek i Andrzej oraz Figurae Veneris 160m 6a Łukasz i Darek. Prowadzę pierwsze dwa wyciągi. Dzisiaj Chomik coś nie w formie ( chociaż wczoraj było sportowo – po 1 piwku). Najpierw odpada idąc na drugiego, a potem nie może przejść kruksa na wyciągu za 6a. Jakoś udaje mi się to przejść – na blokach. Potem już jest łatwiej i kończymy drogę. Druga ekipa już na nas czeka – przeszli szybko i sprawnie. Obie drogi warte polecenia. Skała pewna, obicie może nie takie jak na Jurze, ale wystarczające do bezpiecznej asekuracji.
Piotrek na Kamasutrze


Zejście w straszliwym upale daję się mocno we znaki. Z powodu upałów potok płynący normalnie Wielką Paklenicą wysechł. Ale na szczęście pozostała niezła kałuża w której zażywamy kąpieli na zejściu..
                 Kąpiel


Wspinamy się jeszcze chwilę na drogach sportowych, ale nie, jest za gorąco. Potem już tylko siesta na plaży.
Sport climbing


Następny dzień przeznaczany na jedną z klasycznych dróg na Anicy Kuk – Mosoraśki 350m 6a. Wcześnie rano jesteśmy pod ścianą. Idę w pierwszym zespole z Jędrkiem. Początek bez historii. Potem o jeden wyciąg za wcześnie robię długi trawers na cały wyciąg. Przez to funduję sobie trochę adrenaliny wspinając się przez dwie długości liny w pionowym terenie czwórkowym z bardzo słabą asekuracją. Właściwa droga jest obita, więc nie mieliśmy żadnego szpeju do asekuracji, tylko parę pętli zarzuconych na ruszające się głazy i kilka starych haków.  Drugi zespół poszedł normalną obitą drogą. Dochodzimy pod kluczowe wyciągi. Andrzej przechodzi je szybko i sprawnie.  
                   Za wcześnie zrobiony trawers           Łukasz w kluczowym wyciągu


Czekając na drugą ekipę pod pikiem ucinamy sobie krótką drzemkę. W sumie droga trochę nas rozczarowała. Oprócz dwóch najtrudniejszych wyciągów nie była specjalnie porywająca. Przy powrocie kolejna kąpiel w coraz mniejszej kałuży. Poziom wody obniżył się o pół metra.
                 Na piku


Na następny dzień Andrzej z Łukaszem wybrali sobie obitą drogę Domżalski 120m 6a na Stupie (zachodni filar Anicy Kuk), chyba jedną z najbardziej fotogenicznych dróg w Paklenicy.

 
Stup                                                              Chłopaki na Domżalskim Stup

Ja z Piotrem idziemy na północne żebro Veliki Ćuk 170m 4b+. Droga bardzo ładna, z pięknymi widokami. Kończymy ją szybko i pędzimy do ulubionej kałuży. Piotrek zszedł jeszcze do knajpki w wąwozie i przyniósł zimne piwko. Prawie raj. Dzięki Piotr! Po godzinie dochodzi druga ekipa. Chłopaki są pod wrażeniem pięknego wspinania po płytach w dziwnych formacjach skalnych. Wracamy na camp i znowu laba na plaży.
Na ostatni dzień wybieramy drogę Karabore 120m 5b na Stupie. Na pierwszy ogień rusza Piotrek w parze z Andrzejem. Dwa pierwsze wyciągi prowadzą rysami i kominem. Ledwo, ledwo udaje mi się je przeprowadzić, bo dzisiaj to ja mam słaby dzień. Dopadła mnie konieczność częstego zdejmowania uprzęży.
A gdzie łojant?


Bardzo ciekawe jest drugie stanowisko. Znajduje się ono w małym kociołku eworsyjnym średnicy ok. 1m i głębokości ok 1,5m. Nie trzeba zakładać stanu, bo nie da się z niego wypaść. Dwa następne wyciągi prowadzą po płytach, Jeszcze tylko dwa zjazdy i lądujemy pod ścianą.
Zjazd ze Stupa


Dzisiaj odpuszczamy kąpiel w kałuży Wracamy na camp, pakowanie, obiad i pozostała już tylko 16-godzinna podróż do domu. Zaliczyliśmy 6 krajów ( przez moment chcieliśmy wracać przez Węgry i Słowację - to byłoby 8 ), wspinaliśmy się w trzech kompletnie różnych rejonach. Wróciliśmy pełni wrażeń, ale chyba nie za mocno nawspinani. Lato nie jest jednak dobrym wyborem na wspin w Paklenicy, ale w tym roku pogoda zadecydowała za nas.

Darek Gierszewski

 

GALERIA

One day in Hongkong


Na początku roku kiedy wszyscy emocjonowali się wydarzeniami w Chinach i z uwagą śledzili rosnące czerwone kółka na mapie Azji, ja postanowiłem zobaczyć to z bliska a przy okazji powspinać się w bardzo malowniczej scenerii drapaczy chmur. Przecież to blisko w sam raz na jednodniowe wspinanie.
Tak na poważnie to w połowie lutego, razem z moją rodziną zaplanowaliśmy sobie urlop. Miejscem docelowym było Borneo ale żeby się tam dostać zahaczaliśmy o Hongkong. Zrobiłem wcześniej rekonesans i stwierdziłem, że warto wrzucić buty wspinaczkowe na dno plecaka. Miejscówki w samym HK robiły niesamowite wrażenie. Przede wszystkim walory widokowe były takie jak nigdzie wcześniej.


W drodze powrotnej do Europy zaplanowaliśmy sobie trochę dłuższy stopover w HK i to był moment kiedy mogłem wyciągnąć buty z dna plecaka. Był tylko jeden problem – brak partnera. Wspinanie z Martą nie wchodziło w grę bo wtedy musielibyśmy przykuć dzieci do drzewa. Nie bardzo chciałem sprawdzać jak na taki widok zareagują lokalsi. Przecież oni też tam mają jakiś odpowiednik naszego MOPSu. Z pomocą przyszedł mi FB i lokalna grupa wspinaczkowa @Hong Kong Rock Climbing. Wrzuciłem post o moim terminie pobytu w HK i dość szybko dostałem wiadomość od Francuza, z  którym umówiłem się na związanie liną. Takie rozwiązanie ma swoje oczywiste minusy ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Finalnie jednak Sebastien okazał się fajnym i ogarniętym gościem. Mieszka  żoną w HK od dwóch lat i generalnie miło tam spędza czas. Żona pracuje a on wspina się, chodzi na plażę i zajmuje się domem. Od razu gościa polubiłem. :)


Spotkaliśmy się na stacji metra, złapaliśmy na ulicy taksówkę i po 30 minutach od mojego wyjścia z „domu” byliśmy na Beacon Hill. Podejście pod skałę z drogi to w porywach 10 minut z przystankiem na siku. Wiele spotów w HK znajduje się w samym mieście i wyjście tam można traktować jak wycieczkę na elektronik lub OSiR. Nasza skała oferowała wspinaczkę po drogach obitych ale w okolicy można było również posmakować tradu. Typ skały to granit i bazalt z super tarciem. Mimo, że Beacon Hill nie jest ani wysoką ani długą skałą to znajduje się na niej przekrój dróg dla wszystkich łącznie z F8b.


My tego dnia przewspinaliśmy 8 dróg: Cat ladder 6a, One eye snake 5c, King cobra 5, Pretty girl 6a, Point break 6b, Crosswalk 6a, Head on 6a+. Na Point break sobie polatałem sprawdzając czujność Sebastiena. Wyłapał mnie wzorowo jakby robił kurs u Michała Górzyńskiego. :)
Niestety nie udało nam się odwiedzić innych sektorów poza wspomnianym powyżej. Nie mniej jednak mam wrażenie, że każdy znajdzie w HK coś dla siebie. Są tam typowe ogródki przeznaczone dla wspinaczy sportowych. Są baldy dla miłośników noszenia materaca na plecach. Są całkiem fajne drogi dla wspinaczy na własnej protekcji jedno i wielowyciągowe. Sektorów nad wodą z klifami też jest cała masa. Hongkong oferuje grubo ponad tysiąc dróg zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych wspinaczy. Jeśli więc będziecie tam przelotem lub na dłużej warto o tym pamiętać.

 

  

Tatry Wysokie – Słowacja – Dolina Łomnicka – Kieżmarski Szczyt

 

      Pomysł wyjazdu w Tatry zrodziła stabilna prognoza pogody, która miała się utrzymać przez dłuższy czas. Decyzja została podjęta i w składzie Darek-Marcin-Andrzej pojechaliśmy w piątkowy wieczór na południe. Trzy osobowy zespół ma klika istotnych zalet nie tylko wspinaczkowych. W aucie tylna kanapa może służyć za w miarę komfortowe miejsce snu dla zmienianego kierowcy. Można zatem przynajmniej częściowo zregenerować się po całym dniu pracy i być w nienajgorszej kondycji dnia następnego. 

        Pod kolejkę na Łomnicę przyjeżdżamy około 4 w nocy, więc mamy jeszcze kilka godzin żeby odpocząć przed wjazdem na górę. Postanawiamy wjechać na wysokość schroniska Skalnatá Chata, oszczędzając tym samym czas i unikając dźwigania ciężkich worów. Wjazd i zjazd to koszt 23 euro, a bilet w dół można wykorzystać w przeciągu 5 dni. Plan na nocleg zakładał pełną improwizację i szukanie rozwiązania na miejscu. Przy czym chcieliśmy załatwić to szybko aby jeszcze tego samego dnia zameldować się w ścianie Kieżmarskiego lub Łomnicy. Schronisko Skalnatá Chata nie posiada aktualnie żadnych miejsc noclegowych oraz przechowalni. Stacja kolejki również funkcjonuje tylko jako jedna wielka restauracja i miejsce odpoczynku przed wjazdem/wejściem na Łomnicę. Los był dla nas tym razem łaskawy i przytrafiło nam się coś czego nie mogliśmy się spodziewać planując ten wyjazd. Najpierw spotkaliśmy dwóch wspinaczy z Warszawy, którzy zdradzili nam swój patent na nocleg. W budynku starej kolejki nocowali miejscowi koledzy ze Słowacji i po krótkiej rozmowie przygarnęli również nas pod swoje skrzydła. Mieliśmy tam pełen luksus w postaci materacy piankowych, łazienki, prysznica i kuchni z pełnym wyposażeniem. To miejsce jest w trakcie remontu i w przyszłym roku powinno być otwarte oficjalnie dla wspinaczy. Słowacy mieli do tego dostęp dzięki znajomości z właścicielem obiektu, a my szczęście, że trafiliśmy tam w czasie ich pobytu. Skoro nie śpimy pod chmurką to morale wzrosły i w podskokach ruszyliśmy pod ścianę Kieżmarskiego.

 

        Dojście pod ścianę to tylko 45 minut, więc szybko dochodzimy do startu naszej drogi czyli prawej depresji zwanej również Prawym Puškášem. W ścianie wspina się już kilka zespołów, ale my tego dnia nie będziemy wisieć z innymi w jednym stanowisku. Pierwsze wyciągi prowadzi Darek. Dwa dolne są ewidentne, ale od trzeciego zaczynają się problemy z orientacją przebiegu naszej linii. Na pewno jedną lub dwie długości liny przechodzimy własnymi wariantami, ale w końcu wracamy na Puškáša już przy prowadzeniu Marcina. Drogę przechodzimy dzieląc się sprawiedliwie prowadzeniem po 3 wyciągi każdy. Do szczytu pozostaje nam jeszcze około 150m rampą i łatwym I-II terenem bez asekuracji. Pokonujemy ten dystans w zapadających ciemnościach i o 20 stajemy na szczycie. Na wierzchołku spotykamy słowackich wspinaczy, którzy robili Grań Wideł i postanowili na nim zanocować. Pomagają nam w odnalezieniu początku ścieżki zejściowej w kierunku Huncowskiej przełęczy. Ścieżka w ciemnościach nie jest ewidentna, zanikająca miejscami, czasem oznaczona kopczykami. W nawigacji pomogła nam apka Maps.me, dzięki której znaliśmy swoją dokładną pozycję i nie minęliśmy po ciemku przełęczy i zejścia do doliny. Polecam zainstalować ją sobie bo pomaga szczególnie nocą w nieznanym terenie. Nam dała wsparcie już drugi raz (pierwszy w Höllentalu), zaoszczędzając niepotrzebne dreptanie w nieznanym. Zejście z Kieżmarskiego Szczytu zajęło nam i tak około 2.5h. Przed 23 meldujemy się na kwaterze gdzie trwa już polsko-słowacka impreza zapoznawcza. Przyłączamy się do niej, pamiętając , że to wyjazd sportowy i jutro skoro świt znowu będziemy w ścianie.

 

        W niedzielę postanawiamy zrobić linię, która da nam gwarancję powrotu za dnia. Wybieramy drogę Birkenmajera przecinającą środkową część ściany. Drugi i czwarty wyciąg to bardzo estetyczne wspinanie w dobrej jakości skale. Pozostałe długości liny to raczej zdobywanie wysokości bez jakiejś szczególnej historii. Dochodząc do rampy postanawiamy nie kończyć drogi na wierzchołku a zjechać nią poznając drogę wycofu ze ściany. Dalsze wspinanie rampą i terenem nad nią zaliczyliśmy dnia poprzedniego więc nie mieliśmy ochoty tego powtarzać. Zjazdy okazują się bezproblemowe. Na rampie oraz pod nią jest wiele stanowisk zjazdowych. Mając linę 60m mija się przy zjeździe przynajmniej jedno pośrednie a czasem i dwa. Stanowiska w przeważającej większości nowe i budzące zaufanie.  Droga Birkenmajera jest linią historyczną z 1930 roku znajdującą sposób na przejście środkiem ściany 550m urwiska Kieżmarskiego Szczytu. Choćby dlatego jest warta pokonania. Dodatkowym atutem jest możliwość rozpoznania z niej drogi Obrovský kút czyli po naszemu Wielkie Zacięcie. Zarówno dolnej partii jak również samej góry, która jest doskonale widoczna z rampy. Mamy nadzieję, że dane nam będzie wspiąć się kiedyś tą jedną z ładniejszych dróg wspinaczkowych w Tatrach.

         

        Poniedziałek  był pogodowo najładniejszym dniem naszego wyjazdu. Szkoda, że nie mogliśmy go wykorzystać w pełni bo czekał nas powrót do Olsztyna. Zdecydowaliśmy się na szybki wspin lewą depresją drogą Lewy Puškáš żeby nie utknąć w ścianie i wracać do domu jak zwykle spóźnieni. Atutem drogi jest ewidentny przebieg i wejście w jej połowie na rampę. Nie da się na niej zgubić, pomylić przebieg, a gdyby nawet to warianty są w podobnej wycenie, więc zapych nam nie grozi. Droga jest dobrym wyborem na pierwszy dzień wspinania i od niej powinniśmy zacząć naszą przygodę z Kieżmarskim Szczytem. Zrobiliśmy dół drogi do rampy darując sobie resztę z tego samego powodu jak dzień wcześniej. Dzięki temu mogliśmy szybko wycofać się drogą zjazdów i ruszyć do stacji kolejki po resztę naszych gratów. Do Olsztyna dotarliśmy po 23 pokonując nie osiągalną wcześniej granicę północy. Dziękuję Panowie za udany wyjazd i bezpieczny powrót do domu.

P.S. Okazuje się, że pod Kieżmarem i Łomnicą jest całkiem sporo fajnych kamieni na nocleg. Co przed naszym wyjazdem nie było tak oczywiste. Lejkowy kocioł oferuje kilka miejsc do spania co daje nieoceniony komfort krótkiego podejścia pod wybrane cele. Stacja kolejki i Skalnata Chata oficjalnych miejsc noclegowych nie posiada, chyba że będziecie mieli szczęście takie jak my śpiąc w Galérii Encián.

Urobek:

Kieżmarski Szczyt (ściana południowa) droga Prawy Puškáš V

Kieżmarski Szczyt (ściana południowa) droga Birkenmajera wariant V

Kieżmarski Szczyt (ściana południowa) droga Lewy Puškáš IV

P.S. "Czasów przejścia nie podaję bo wolę o tym zapomnieć"

 

Andrzej Osmolik